Wczorajszy dzień był jednym z najbardziej intensywnych dni w moim życiu. A tak naprawdę składał się tylko z trzech części. Ale za to jakie to części były.
1.
Do Krakowa przyjechał Dalajlama XIV. Dowiedziałem się o tym tydzień wcześniej, kiedy na zajęciach z Psychologii Bohatera siedząca obok mnie A.B. spytała: "Słuchaj nie mogę iśc na spotkanie z Dalajlamą za tydzień, chcesz?". Oczywiście chciałem. Aż wstyd, że w ogóle nic o tym nie wiedziałem wcześniej. Szczególnie głupio mi się zrobiło wczoraj, gdy spotkałem D.Z. Strasznie mi zazdrościła tego, że mogę wejśc na salę. Złożyła podanie o wejściówkę trzy tygodnie wcześniej i już nie było miejsc!!!
To się nazywa fuks nad fuksem.
Wszedłem na salę Audytorium Maximus w okolicach godziny 13:30. Ochroniarzy, którzy przeszukiwali wszystkich nawet nie zwrócili uwagę na jednojuanową monetę, którą wyciągnąłem z kieszeni. Trochę się tego obawiałem. W ogóle przez cały czas w mojej głowie formowały się plany, jakim sposobem zabic Jego Świątobliwośc. Tak dla żartu. Bardzo śmieszne haha. (wydaje mi się, że to nie byłoby trudne - wystarczyłby jakiś gaz albo właśnie coś większego w portfelu - ochrona była bardzo słaba)
Wszystko zaczynało się o 15. Już o 14:15 sala była pełna. Niektórzy zapisywali na karteczkach pytania i przekazywali je przedstawicielom samorządu studenckiego. Atmosfera była dosyc sceptyczna. Dużo śmiechu, ale chyba niewiele wśród publiczności osób, które przyszły na to spotkanie dla Odnowy Duchowej tm. lub jakichkolwiek innych bzdur. Za mną siedziało kilka osób zainteresowanych aspektami politycznymi działania Jego Świątobliwości. Polityka była również moim zainteresowaniem. W końcu nienawidzę Tybetu. A i do buddyzmu dalajlamicznego mam dystans po tym, co widziałem na Sri Lance.
Ale cały sceptycyzm zniknął po wejściu Dalajlamy. Jaki to jest niesamowity człowiek!
Oczywiście można miec wiele zarzutów. Po pierwsze do bardzo zdenerwowanego tłumacza. Po drugie do poziomu dyskusji i problemów jakie się pojawiały. Gdy J.Ś. wygłaszał swoje przemówienie wstępne, siedząca obok Dziekan Wydziału Filozoficznego wybierała co ciekawsze pytania. No i nie wybrała zbyt mądrze. Wiele z pytań świadczyły o totalnym niezrozumieniu buddyzmu. Inne były naiwne. Ani polityki, ani teologii.
Ale wszystkie rzeczy są nieważne. Naprawdę to bzdura. Bo osobowośc Dalajlamy była tak niesamowita i magnetyczna, że wszystko zeszło na drugi plan. Jest to niewysoki i wesoły staruszek. Wesoły tak bardzo, że jest to zaraźliwe. I urzekające za razem. J.Ś. jest gwiazdorem. To chyba cecha każdego laureata Nagrody Nobla. Ale tutaj zadziałało to naprawdę bardzo dobrze. Od samego początku, od swego przemówienia złapał świetny kontakt z publicznością. Skrócił dystans opowiadając o swoim życiu prywatnym (niedawnej operacji, tego, że w otoczeniu ludzi młodszych sam też czuje się młodszy). Złapał wszystkich za serce. Naprawdę wszystkich. Oczywiście pytania były głupie, ale odpowiadał na nie z humorem (Pytanie: czy może nam J.Ś. dac błogosławieństow? D.XIV: I don't know.). Powiedział jak wyglądają jego codzienne zajęcia, jak dostał lanie od wujka - mnicha buddyjskiego, kiedy miał rok albo dwa. Jak przestraszył się wielbłąda, gdy poszedł się załatwic.
Oczywiście nie było to naukowe. Nie było to nawet "poważne". Na jedno, jedyne poważne pytanie teologiczne odpowiedział: "odpowiedź na to pytanie zajęłaby wiele godzin, czytaj następne.". Ale właśnie ta nienaukowośc była niesamowita. Bo to wielka sztuka wnieśc pozytywne myśli i uczucia do audytorium uniwersyteckiego. Rozbic te skostniałe ściany naukowych dysput. W swojej istocie nie było to religijne, ale smakowało mi dyskordianizmem. I pozytywnym zamieszaniem.
A we wszystkim co mówił była wielka mądrośc. Mimo wszystko. Niesamowite.
Rzeczywiście chyba będę o tym spotkaniu pamiętał do końca życia.
Wciąż nie lubię Tybetu i buddyzmu dalajlamicznego. Ale jestem wielkim fanem Dalajlamy XIV.
Gdy prawie po godzinie czekania na dostęp do szatni ubrałem się i wyszedłem przed audytorium, zobaczyłem panią z zapisanym kartonowym transparentem: "Reinkarnacja jest pomysłem Szatana. Jagiellońska braci! Wasi rektorzy się w grobie przewracają".
2.
Około 19 poszliśmy z Alkiem na film Herzoga "Spotkania na krańcach świata". Mówił mi już o nim Ems. podczas naszej wspólnej wycieczki do Oświęcimia. Mówił, że jest to niesamowite przeżycie. Zazwyczaj mu wierzę, ale i do Herzoga i do filmów dokumentalnych mam stosunek bardzo nieprzychylny. Dlatego też jedynie pokiwałem głową i nic nie powiedziałem.
Ale okazało się, że grają ten film w kinie Paradox. Wstęp bardzo tani, więc postanowiliśmy się razem z Alkiem wybrac.
Ojej. Słowa tego nie mogą opisac. Ta, niby z pozoru prosta, opowieśc o podróży na Antarktydę jest przesiąknięta niemieckim Duchem. I to naprawdę z wielkiego "D". Herzog cały czas mówi po angielsku z charakterystycznym twardym akcentem Niemca, ale tak naprawdę cały film jest przesiąknięty jeśli nie Goethem, to Mannem na pewno. To jeden wielki traktat filozoficzny o człowieku o świecie i o Bogu. Przeraża a zarazem fascynuje i śmieszy (wątek z "szalonym" pingwinem).
Galeria ludzi, którzy tam są to freaki lepsze niż w Carnivale. Ludzie, którzy nie potrafią sobie poradzic ze współczesnym światem i szukają miejsca ostatecznej ucieczki. Ludzie po doktoratach sadzący roślinki, filozofowie pracujący w buldożerach, hipisi szukający ostatniego miejsca spokoju i spełnienia. Ja chcę na antarktydę!
To najlepszy film dokumentalny, jaki widziałem w życiu. Coś, co udowadnia, że paradygmat modernistyczny wciąż jest potrzebny i żywy. Że filozofia to nie tylko słowo. Że matafizyka jest osiągalna na ziemi.
Że człowiek coraz bardziej szaleje. Oraz to, że nie ma już na ziemi miejsca, które byłoby nieudomowione, tajemnicze.
Jeśli czuje się potrzebę ucieczki, potrzebę przeżycia mistycznego - Antarktyda to ostatnie miejsce do jakiego można się udac. Tutaj kończą się wszystkie mapy.
To autentyczny koniec świata.
Nie muszę chyba pisac, że chcę tam pojechac. Chcę się tam zaszyc, uciec i byc jednym z ostatnich marzycieli.
3.
Gdy wróciliśmy z Alkiem do naszego mieszkanka postanowiliśmy na dobranoc obejrzec Cabaret. Jest to bardzo dobry film (już rozumiem dlaczego Kościęba twierdził, że jego ulubiony). Jego odbiór miałem zaburzony przez wszystko to, co się wydarzyło wcześniej.
Ale i tak mi się podobało. Do tej pory chodzi mi po głowie muzyka. I wróciłem do Dark Cabaretu. Właśnie słuchałem Voltaira, po sesji z Tiger Lilies.
>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>
>>>>>>>>>>
A z bierzących spraw: jadę do domku jutro wcześnie rano. Już nie mogę się doczekac. Jedynie perspektywa pisania magisterki to coś, co mnie przeraża.
W weekend przeczytałem rewelacyjną "Miazgę" Andrzejewskiego. I moje lekturowe rzeczy zaczęły kręcic się wokół polski w latach 60tych. To znaczy Konwickiego "Wniebowstąpienie" oraz coś Stachury (czeka w kolejce). Poza tym zacząłem czytac Jacka Keuraca i jest bardzo dobry. W kolejce czeka na mnie Witkacego "Nienasycenie". W końcu.
Humor stateczny trochę zdołowany detoksem japonistyczno-Emsowym. Ems. napisał tekst pseudo-literacki i rozesłał wszystkim znajomym. Zjechałem to coś, naśladując do tego jego styl (chociaż pewnie tego nie zauważy). Chyba go obraziłem. Ale to dobrze. To znak tego, że się odcinam.
Pogoda słoneczna. Ale zimno.
Biblioteka pełna ludzi.