Home

Advertisement

Customize

Previous 20

Feb. 22nd, 2009

ja w środku

Po Wszawie w Karkowie

Tak, przestawilem litery. Ładne. Wiem.

Właśnie dziś wróciłem z Warszawy, gdzie opiekowałem się kotami mojej cioci. BYło dośc sympatycznie, jako że byłem sam w mieszkaniu przez pierwsze trzy dni. Mogłem robic to, na co miałem ochotę, czyli nic. A tak naprawdę to oglądałem seriale na przemian z kanałami muzycznymi i EzoTV. Makabrycznie zmarnowany czas.
Potem przyjechał Ems. Było naprawdę sympatyznie, z nutką intelektualizmu. Pomimo tego, że nie dał się przekonac aby słuchac muzyki klasycznej. Trudno. Poszliśmy do Muzeum Powstania Warszawskiego, które jest jednym wielkim robiącym wrażenie kiczowatym cackiem. Ale jednak, muszę przyznac, że byłe pod wrażeniem.
Byliśmy też w Zachęcie na wystawie o Grotowskim. I to była rewelacja. Było tak niesamowicie, że praktycznie nie mogę o tym opowiadac. Nie potrafię. A szkoda.

Pod koniec tygodnia, po wyjeździe Emsa spotkałem się z Ok. Było dziwnie. W końcu nie rozmawialiśmy ze sobą od czasów podstawówkowych. Może kiedyś jakoś przelotnie. Napisała ona do mnie jak byłem we Wrzawie po raz pierwszy. Bardzo się zdziwiłem. I obawiałem, bo w końcu o czym możemy rozmawiac. Ona, podobnie jak wiele osób, które znam ma również dziwny i zupełnie nieprawdziwy obraz mojej osoby w głowie. Co ciekawe ją też to krępowało. Gadaliśmy przez kilka godzin ale tak naprawdę najważniejsze było aby nie wchodzic na tematy zbyt osobiste, bo by się to mogło skończyc katastrofą. Może nie katastrofą, ale dziwnym zawieszeniem, które anglojęzyczne osoby nazywają terminem "that's awkward".

Artystycznie - muzyki ostatni słucham mniej. Nastąpił trochę powrót do World Music, pod wpływem wujka i jego nagrań muzyki o Saddamie Husseinie. Ale nic poza okazjonalnym wpadnięciem w ucho. Podobnie wciąż Dubstepy. Pod wpływem Emsa.
Książki - dostałem od Emsa na urodziny Keruaca "W drodze". Bardzo dobre. W domu zacząłem czytac po raz kolejny "Życie sekretne" Quignarda. I wciąż jest bardzo dobre. Nawet zaznaczałem sobie cytaty aby umieścic je na tym blogu. Ale dzisiaj już mi się nie chce przepisywac, bo trochę tego wyszło.
Może jutro.
Pod wpływem Zachęty wróciłem do Grotowskiego i jego rytuałów. Dzisiaj rano czytałem u wujka jego teksty z lat sześcdziesiątych. To tam poznałem nowe słowo - ASTENIA.
Bardzo ładne.

Feb. 2nd, 2009

ja w środku

dzienniczkowanie

Strasznie dawno nie pisałem. Oj bardzo. No trudno, z moich postanowień sylwestrowych niewiele się udało dotrzymac. Trudno razy dwa.

Właśnie odprowadziłem na pociąg Q. Przyjechał razem z Wy. i ich wspólnym kumplem, którega ja wczesniej nie znałem. Ale Kacz., bo tak się nazywał był bardzo ciekawą osobą, taką do pogadania. Przyjechali w sobotę o 7:00. Załatwiłem im nocleg w żyrafie, przez co od razu poznali Emsa.

(Bo trzeba nawiasowo napisac, że znów mam kontakt z japonistami. Ne wytrzymałem niestety detoksu. Poza tym Ems ma moje książki i strasznie fajnie się z nim rozmawia.)

Po krótkim odświeżeniu chłopacy ruszyli w tango. Ogólnie rzecz biorąc przyjechali tutaj po to, aby "uprawiac karate" - czyli upic się i poderwac jakieś dziewczyny, zwane przez nich, jakże pociesznie, "smokami". Tylko to pierwsze się im udało tak naprawdę. (to znaczy Q. zapoznał się bliżej z jakąś dziewoją już w pociągu, ale niestety musieli wysiadac, a ona jechała dalej. swoją drogą fascynują mnie jego przygody seksualne. pewnie dlatego, że Q. nie zabiega o nie. one się po prostu dzieją). Najpierw poszliśmy do Alchemii. Wstyd się przyznac, ale byłem tam po raz pierwszy. Było naprawdę sympatycznie, chłopacy powoli się rozkręcali, zaczęło więc byc śmiesznie. Szczególnie Wy. był zabawny. Przypominał mi dawne, licealne, czasy. Po jakimś czasie dołączył do nas Psów. Niby studiujemy w tym samym mieście, ale spotykamy się tylko i wyłącznie wtedy, gdy do Krakowa przyjeżdża stara ekipa. Ten przyszły teolog wciąż jest wyważony i rozsądny. Wciąż ma też cięty język i niesamowite poczucie humoru. Do pełni szczęścia brakowało jeszcze nam starego G., ale to już niestety jest niemożliwe, aby się z nim spotkac bez dodatkowego bagażu.

Po jakimś czasie przyszli jeszcze szczecińscy znajomi całej gromady. Bardzo interesująca poznawczo para. On - plainspotter i luzak. Ona - humorzasta, naiwna dziewczynka próbująca uchodzic za równą. Q. stwierdził, że chce tańczyc. Wy. poprosił mnie abym dowiedział się, gdzie znajdują się jakieś potańcówy drum'n'bassowe. Oczywiście moim źródłem informacji był Ems.
Ale przed pójściem na dramy zahaczyliśmy jeszcze o Jazz Rocka. Było bardzo gejowsko i źle. Szczególnie te zdjęcia ryb na ścianie.

Po mniejszych lub większych perypetiach dotarliśmy wreszcie do klubu, w którym miała byc tak pożądana przez Wy. muzyka. Niestety Q. nam gdzieś po drodze, dokładnie nie wiadomo w którym momencie, padł. Widac było, że ma dośc. A do tego, okazało się, że w Folii był koncert nie drumowy a Beatcorowy.

Dla mnie i Wy. to było to - totalny odlot, odjazd i zamieszanie. Jak to powiedział Ems, anarchia w czystej postaci. Chyba rzeczywiście. Szczególnie, że Dj grał super chaotyczne beaty i bębny, a z tyłu pokazywano film, "Las Vegas Parano". Co już mnie przyprawiało o orgazm. Przyszli japoniści, znaczy Ems i Krukowa, z jeszcze jakąś koleżanką. I poszli w tany, co dało mi i Wy. odwagę aby też sobie poskakac. Światło było przyciemnione, na parkiecie jedynie my i jeszcze dwie dziewczyny. W tle cpa Hunter S. Thompson, powietrze zaczyna byc duszne od mieszaniny potu i feromonów. I muzyka, która nie potrafi byc taka sama przez dłużej niż dwadzieście sekund. Odleciałem. Jak już nie mogłem skakac, to siedziałem na podłodze pod ścianą i wciąż wędrowałem w elektronicznym chaosie świata. Niesamowite uczucie. Było tak głośno, że poszczególne rytmy zmuszały mięśnie człowieka do uginania się. Muzyka włączała i wyłączała mój wzrok i czucie. Podobno skakałem nawet nieźle. Tak mnie próbował komplementowac Ems. Ja myślę inaczej. Szczególnie, że miałem bardzo ciężkie buty. Ale i tak było super.
W którymś momencie tego czerwono-johny deppowo-jazgotowego skakania połączyły się dwie sfery mojego życia. Zawsze się bałem o moich znajomych. Trzymałem ich bardzo oddzielnie od siebie. Michał-z-przyjaciółmi-z-liceum różnił się od Michała-z-japonistami, czy Michała-z-komparatystami. Po raz pierwszy jedyną osobą, która łączyła te dwie grupy byłem ja. Więc, jeśli oni się między sobą dogadywali, to ja również harmonizowałem się wewnętrznie. I rzeczywiście tak się poczułem, jakby kilka rzeczywistości spotkało się w mojej głowie. To było niesamowite.


Szkoda, że reszcie grupy aż tak bardzo nie odpowiadało to, co słyszą. Q. się przeraził tego chaosu i trzeba go było odprowadzic do hostelu. Jego znajomi też szybko poszli, został jedynie Kacz., który był zbyt pijany, aby zwracac uwagę na cokolwiek.

Wróciłem do domu niezbyt późno, bo było ok. drugiej. Od nadmiaru adrenaliny nie mogłem spac. Wstałem już o 6 i czytałem książki.

Chłopacy mieli gorzej, no ale w końcu ja nie piję, więc nie znam kaca. Niedziela upłynęła więc nieco wolniej. Wy. i Kacz. mieli pociąg o 19:30. Pochodziliśmy jeszcze po Galerii Krakowskiej (obiad) i zaszliśmy do Czekolady (piwo lub, w moim przypadku - czekolada). Q. nocował u mnie. Wydaje mi się, że nie przypadł do gustu moim współlokatorkom, na szczęście A. pojechał do dziadków. Trudno, ich sprawa. My rozmawialiśmy i oglądaliśmy seriale do jakiejś 1-2 w nocy.
Znów nie mogłem spac, już o 5 czekałem aż zadzwoni budzik.

Jutro jadę do Poznania, do Braciszka i może się spotkam z G. Może też wpadnę do Wy., jeśli znajdę czas.
Potem jedziemy do domu.
Jeszcze wcześniej muszę wpaśc do Emsa, odebrac kilka swoich książek i dac mu, na przykład "Prosto z piekła" i "Achtung Zelig".
O 13 spotykam się z Saskią. Wróciła z Danii i szuka osoby, z którą mogłaby pograc w szachy. Pewnie znów będzie kłótnia, ale co tam.
L. jutro wyjeżdża, nie wiem jak C.

Jestem w fazie maniakalnej.

Zaczynają się ferie.

Jan. 8th, 2009

ja w środku

dzienniczek: wciąż styczeń

Do tytułu pewnie wrócę. Najpierw zapisze swoje refleksje jeśli chodzi o drzwi. Podczas jednej z wieczornych rozmów z moim braciszkiem kilka tygodni temu wpadłem na bardzo interesującą interpretację drzwi. Drzwi jako przedmiotu i metafory, mogę jeszcze dodac. Pewnie byłbym o moim pomyśle zapomniał, gdyby nie to, że w ostatnich dniach okazało się, jak bardzo jest on prawdziwa. Pomysł jest bardzo prosty, więc nie sądze abym był pierwszym, który na to wpadł. Może nawet gdzieś to przeczytałem i przeniosłem pamięc o tym w mniej dostępne rejony mojej świadomości, a następnie to wygrzebałem przypisując całą ideę sobie. Nie ważne. Wrócmy do drzwi. Otóż aby zdac sobie sprawę z tego, co one znaczą w metaforycznej sferze naszego życia, trzeba odpowiedziec sobie na bardzo proste pytanie: do czego służą drzwi? Otóż służą one do zamykania. A nawet: zamykania się. Odgradzania przestrzeni, której uważam za swoją, za bardziej prywatną od reszty świata. Powiedzenia całej rzeczywistości "tu jestem ja, a za tym progiem wy". Niby bardzo proste, a skutki tego są wręcz niewyobrażalne. Postawienie drzwi, to tak naprawde poszerzenie swojej strefy intymnej ze standardowego półtora metra do metrów kilkunastu. To włączenie wszystkiego, co jest w domu, pokoju (cokolwiek odgradzamy) do swojej egzystencji. Zamknięcie drzwi powoduje większą wstydliwośc. Zamknięcie drzwi powoduje podział na "prywatnośc" i "publicznośc". Zauważmy, że w kultury, w których nie wykształciły się drzwi, ludzie są bardziej otwarci, są o wiele bardziej zespojeni ze swoją tożsamością plemienną/społeczną/miejscową. Brak drzwi oznacza, że każdy w każdym momencie może wejśc. Brak drzwi to zapewnienie sobie dialogu między sobą a Innym. Ich obecnośc powoduje skrępowanie i siebie - istoty zamykającej - i innego - istoty odgradzanej. Aby dostac się do środka, aby przejśc przez drzwi, trzeba się upewnic, czy nie narusza się intymności danej osoby - poprzez pukanie lub jakiś inny sygnał. Mówiąc krótko wymaga to wysiłku. Z tego zaś wynika, że zamknięcie drzwi powoduje odgrodzenie siebie (jako "się" jak i jako swojego jestestwa) od wszelkich wizyt tylko dlatego, że "ktoś chce pogadac", że "ma ochotę na bycie z kimś". Pukanie w drzwi oznacza, że pukający wykonał wysiłek by przyjśc. Czyli - że czegoś chce. Ma jakiś interes. Nawet jeśli przyszedł "tylko pogadac", to znaczy, że ma jakiś problem, z którym nie może sobie poradzic, że potrzebuje Ciebie.
Według mnie to jest przerażające. Wydawałoby się, że to po prostu kawałek drewna na zawiasach. Czasem z szybą (jednak rozmywającą kształty, tak aby osobie w środku dac poczucie przestrzenności, przepływu świata z zewnątrz do środka, a zarazem nienaruszalności jego intymności). Postanowiliśmy z moimy wspołlokatorkami i współlokatorem w końcu odkręcic ogrzewanie. Trudno, oszczędnośc oszczędnością, a zapalenie płuc dośc poważna rzecz. Ekonomia ogrzewania powoduje, że trzeba zamykac drzwi od pokoju, inaczej ciepło ucieka. W tym momencie zdałem sobie sprawę z tego, jak trafna była moja interpretacja. Nasz pokój znajduje się dokładnie przy drzwiach wejściowych. Za każdym razem, gdy ktoś przychodzi jesteśmy zmuszeni do kontaktu. Trzeba na siebie popatrzec. Przydałoby się też nawiązac dialog - chociażby to było zwykłe "hey!" lub inne zakrzyknienie. Zamknięte drzwi uniemożliwiają taką integrację. Po wejściu każdy idzie do swojego pokoju. Dobrze przynajmniej, że ja i Alek mieszkamy razem. Dziewczyny też. Siłą rzeczy jesteśmy skazani na siebie. Ale tworzy się opozycja nasz pokój - pokój dziewczyn. Praktycznie jedynym miejscem, w którym możemy się spotkac - nie wiem nawet czy lepszym słowem nie będzie "zetknąc" - jest kuchnia. A tam nie ma ogrzewania, więc szybko się z niej ucieka. Nastąpił prawie zupełny rozpad nas jako komórki społecznej zwanej współlokatorami. Zostały zaś dwie grupy ludzi zamieszkujących to samo mieszkanie.
Chyba tylko ja to zauważyłem. Chyba tylko mi to przeszkadza.

Co do spraw bierzących - chyba miałem dzisiaj zły dzień. Ale nie jestem pewny. Obudziłem się bardzo późno, co akurat takie złe nie było. Dopiero koło jedenastej zjadłem śniadanie. Nastrój pogorszył się mi straszliwie, gdy skończyłem czytac "Catcher in the Rye" Salingera, świetnie przetłumaczonego jako "Buszujący w zbożu". Czytałem w oryginale, żeby było jasne. W każdym razie strasznie mnie ta książka zdołowała. Poczułem się naprawdę źle. Tak, jak od dawna się nie czułem. Pomimo tego, że fabuła tego dziełka jest bardzo infantylna, podobnie zresztą jak naiwny i infantylny jest jej główny bohater. Rozumiem, że to ma byc nastolatek, ale bez przesady. A jednak coś w tej książce było takiego, że zobaczyłem w niej siebie i swoją sytuację. Ja też nie mam zupełnie celu w życiu i nie potrafię go odnaleźc. To zresztą mi powiedział ostatnio tata, który okazało się, że jednak ma bardzo dobry obraz mojej osoby. Widzi, że chciałbym aby ktoś mi powiedział co mam zrobic i jak ma wyglądac moja przyszłośc tylko po to aby zwalic na tę osobę winę jak coś nie wyjdzie. A z drugiej strony wkurza mnie pytanie wszystkich w koło i ich robienie planów za mnie.
Nie ważne. W każdym razie, gdy skończyłem tę książkę świat przestał byc dobry. A miałem pisac swoją magisterkę. Usiadłem przed komputerem i nie mogłem wykrzesac z siebie ani jednego konkretnego zdania. Nie miałem ani jednej treściwej myśli. Postanowiłem więc iśc się przejśc.

Kraków był dzisiaj bardzo ładny. Wszystko skrzyło w słońcu. Śnieg odbijał promienie oświetlając nosy wszystkich w około. Od razu poczułem się odrobinę lepiej. Potem znalazłem 5 złoty i stwierdziłem, że nie musi byc tak źle. Powoli wrażenie lektury zaczęło mnie opuszczac. Nawet w końcu pojawił się pomysł jak mam zacząc swoją pracę (zaczynam co prawda od środka, ale co tam). Zrobiłem notatki swoich pomysłów. Ale jednak nie chciałem wracac jeszcze do mieszkania. Miałem ochotę się z kimś spotkac. Niestety Ak miał w tym czasie swoje zajęcia. Zresztą chyba mnie będzie przez kilka następnych dni unikał bo znów wypadliśmy na parkę gejów. Mnie to śmieszyło. Mac., która zrobiła do tego kilka aluzji, chyba też traktowała to żartobliwei. A nawet jeśli nie, mnie to nie rusza. W przeciwieństwie do Ak.
Wracając do naszej historii - napisałem sms-a do Emsza. Z wczorajszej wymiany mailów wynikało, że między nami powinno byc wszystko ok. Takie miałem przynajmniej wrażenie, definitywne błędne, bo mi nie odpisał. Pewnie też miał zajęcia, ale nie napisałem wcale co i jak, tylko, że chciałbym się spotkac.

Ilośc ludzi do spotkania wyczerpała się więc. I musiałem radzic sobie samemu. Wciąż nie chciałem wracac do domu, bo miałbym wyrzuty sumienia i musiałbym się zmagac z własną osobowością by coś pisac. Co prawda miałem te pomysły na początek, ale nic bym z nich nie ułożył. Postanowiłem zacząc pisanie od jutra. Tak więc kupiłem sobie "Nowy wspaniały świat" Huxleya. Jest to moja lektura na poniedziałek. Zacząłem go czytac siedząc w MacDonaldzie (bez żadnego zgorszenia). Ale to też nie było to. W końcu postanowiłem iśc do kina.
I tu popełniłem błąd, bo wybrałem "33 sceny z życia". Sam film jest według mnie przeciętny. Tak naprawdę nic ciekawego. Ale nastrój miał tak straszny. No i postac Adriana - "ja rozumiem, że można kogoś nie chciec, ale żeby go żadna nie chciała?", jak powiedział o nim grający męża Stuhr - zacząłem się z nim identyfikowac. To co, że to ewentualnie z nim związuje się główna bohaterka. I tak zrobiło mi się straszliwie smutno.
I tak doczłapałem się do mieszkania. Do chłodu. W tarocie wyszła mi dziś dziewiątka mieczy. I wtedy do mnie dotarło - jest styczeń. Wciąż styczeń. To nie jest dobry miesiąc. Nie dla mnie. Nigdy nie był. To właśnie za trochę więcej niż tydzień znów nadejdzie dzień mych urodzin. Dzień refleksji. Najgorszy dzień w roku.
Jest styczeń. A w styczniu jest nie za dobrze.

Tak właśnie czuję się teraz - nie za dobrze. Oczywiście przez ostatnie kilka godzin nie robiłem nic produktywnego. Bo gdzieżby.
Leczę się słuchając Bobby'ego McFerrina. Niezbyt pomaga.

Jan. 6th, 2009

ja w środku

dzienniczek styczniowy

Na zewnątrz jest mroźno. Cholernie piździ. W moim nowym mieszkanku również nie jest za ciepło. Mam na sobie polar na swetrze. A nawet, co jest szczytem szczytów, ubrałem rajtuzy! Nie robiłem tego od kiedy ukończyłem wystarczająco dużo lat, aby postawic się mamie. Swędziało. Co ciekawe wciąż swędzi, ale przynajmniej cieplej. Jest takie ekstremum, że nawet A. odkręcił zawór przy piecu. Niestety niewiele to daje, gdy okna są nieszczelne. Ale i tak największą torturą jest branie prysznica. W łazience nie ma kaloryfera a gorąca woda jest co najwyżej letnia. na samą myśl szczękają mi zęby.

Powrót do Krakowa był więc śnieżny i dośc smutny. Strasznie mi ciężko było opuszczac Strzelce. No ale o tym już pisałem. Najważniejsze to teraz nie wrócic do starych nawyków. Spełnic swoje postanowienia noworoczne. Jak na razie mi to nie wychodzi. Muszę się bardziej postarac. Łatwo powiedziec, a raczej napisac. A wracając do Krakowa - nic tutaj nie zmieniło się od ponad siedmiuset lat, więc nie spodziewałem się niczego nowego. I się nie zaiwodłem. Stary dobry gród Kraka wciąż stoi tak jak stał. Jedynie wciąż nie rozebrali sceny Sylwestrowej. Jak zawsze, gdy spadnie odrobina śniegu, chodniki toną w kilkucentymetrowej warstwie błota. Roznosi się to po sklepach i mieszkaniach. Pewnie jeszcze większy kopiec niż kościuszkowski dałoby się usypac tylko z tego co znajduje się przed naszą kamienicą. Nawet Planty toną w szlamie. Biel przykryła śmieci, liście i psie gówna, więc potrzebna jest odrobina obrzydliwości, aby bilans wyszedł na zero. Jedynym zauważalnym brakiem jest mniejsza ilośc bezdomnych. A i tak widziałem dzisiaj koło filharmonii jednego mojego znajomego. Śmierdział jak zwykle i był mocno pijany. Ale miał na sobie dośc nową i bardzo ciepłą kurtkę. Ciekaw jestem czy ją ukradł czy znalazł na śmieciach. Ehh konsumpcjonizm. Ale i równowaga. Zastanawiam się gdzie te wszystkie wagabundy śpią. Moja romantyczna wyobraźnia podsuwa mi obrazy podziemnego Krakowa, jak z teledysku "Black Jesus" Everlasta. Ale pewnie śpią w przytułkach. Albo zamarzają na ulicy.

Zajęcia mi przelatują. Nic ciekawego. Nie mogę się zmusic do pisania magisterki. Wkurza mnie to niezmiernie. Tyle z mojej działalności akademickiej.

Co do ludzi - ostatnio krąg osób, wokół których się obracam zmniejszył się niebezpiecznie. Spowodowane to jest oczywiście wciąż trwającym detoksem japonistycznym. Byli oni moją bramką do zawierania znajomości z innymi ludzi (nie ważne, że były to głównie znajomości przelotne, za wyłączeniem ERa i Vicci, a z tą ostatnią i tak najprawdopodobniej nigdy więcej się nie spotkam [chociaż chciałbym skończyc naszą dyskusję na temat neopogaństwa]). Próbowałem spotkac się z Emsem ale niestety nie miał dla mnie czasu ani w sobotę ani w niedzielę. Ciekaw jestem czy mnie unika, czy po prostu tak wyszło. Nie wiem czy kupowac mu prezent urodzinowy. Czy w ogóle będzie impreza styczniowców, tak jak to było w tamtym roku. Chyba nie, bo mają oni w zimie bardzo ciężką sesję. Szkoda.
Muszę więc sobie zapewnic jakichs inny dopływ znajomych. Co nie jest dla mnie zbyt łatwe. I to będzie bardzo poważne zadanie na następny tydzień.
Z moimi współlokatorami kontakt jest trochę mniejszy, ponieważ oni wszyscy mają swoje własne życie, w które się raczej nie wtrącają. Więc ja też nie wchodzę w ich życie. Raczej obiecane pokazy filmów itp. nie dojdą do skutku.

Ale wczoraj oglądaliśmy z A. "Waking Life". Oglądałem to już wcześniej i wiedziałem, że jest to genialny film, ale za drugim razem podobał mi się on jeszcze bardziej. To dośc prosty w konstrukcji, chociaż mający wiele różnych poziomów, przegląd najnowszych tendencji filozoficznych. Główny bohater ma sen, w którym przysłuchuje się wypowiedziom innych ludzi na temat ich koncepcji metafizycznych, socjologicznych, psychologicznych czy politycznych. W pewnym momencie uświadamia sobie, że wciąż śni i próbuje przejąc kontrolę (idąc za radą oneironautów). Akcji ogólnie rzecz biorąc jest tam niewiele, ale ilośc koncepcji jest rewelacyjna. Wychwyciłem genialny tekst: "I go salsa dancing with my own confusion"!. BYło też tam kilka naprawde ciekawych pomysłów. Postkolonialne zapewnienie totalnej objektywności poprzez multikulturowośc. Reinkarnacja jako metafora kolektywej pamięci. Fragmenty o szamanizmie. Nihilista, który się spalił twierdząc, że okrucieństwo i zło jest naturalnym elementem rzeczywistości niepotrzebnie wyeksponowanym w mediach. Filozofia budowania własnej tożsamości tylko podczas dialogu z innym człowiekiem (dopiero zetknięcie z innym [Innym?] zmusza nas do zdefiniowania granic własnego jestestwa, tożsamości). Czas jako iluzja i jako mówienie "Nie" Bogowi, który zaprasza nas do swojej krainy. Aż do ostatecznej rezygnacji i powiedzenia "Tak". No i najważniejsze - spotkanie z rudowłosą dziewczyną, która prosi głównego bohatera aby nie byc wobec siebie mrówkami. Aby widziec każdego napotkanego człowieka w jego jestestwie, jako osobę mająca za sobą konkretną historię do opowiedzenia. I aby próbowac poznawac jak najwięcej tych historii, przynajmniej jej fragmentów. Aby nie mijac obcych ludzi na ulicy praktycznie ich nie zauważając, ale próbowac wejśc do ich świata.
Bardzo chciałbym byc takim człowiekiem. Chciałbym poznac jak najwięcej historii ludzkich. Po to zresztą kupiłem sobie ten głupi szkicownik, który zabiera tak dużo miejsca. Oczywiście nie jest możliwością aby nie byc mrówką wszystkich nieznajomych. Ale przynajmniej poznac historie kilkudziesięciu z nich, to już by było niesamowite i bardzo wartościowe. I nie potrafię. Cholera jasna moja własna świadomośc nakłada na mnie blokady. Nie potrafię podejśc do kogoś obcego. Strasznie mnie to boli i naprawdę próbuję z tym walczyc. Jak na razie bezskutecznie.

Byłem również (sam) na "Madagaskarze 2". Był to podobnie jak w przypadku pierwszej części film o poszukiwaniu tożsamości. Dośc prosto potraktował te problemy, chociaż można je znaleźc w większości twóczości postkolonialnej. Mianowicie to, że poszukiwanie korzeni (to słowo, jakże typowe dla twórczości spod znaku "identity" pada zresztą na samym początku) przez osoby "przesadzone" do innej kultury kończy się poczuciem wyobcowanie w obu kulturach. Oczywiście w produkcji dla dzieci koniec musiał byc pozytywny, więc "korzenie" zaakceptowały zmiany, które cywilizacja zachodnia wczepiła w Aleksie. Ciekawym problemem wydaje mi się przypadek zebry i rozumienia "tożsamości", której tak bardzo poszukiwał jako bycia toż samym, tym samym, identycznym. Co prawda w tym momencie następuje zachodnie podkreślenie wartości indywidualności. No ale czego się można było spodziewac.
Bardzo ciekawa wydaje mi się interpretacja opozycji pingwiny i lemury. Jednych sposobem na (prze)życie jest wprowadzenie faszystowskiego wręcz ładu i porządku. A raczej organizacji świata poprzez zorganizowanie siebie. Lemury natomiast przyjmują pierwotny chaos świata. Są w pewnym sensie nieświadomym jego nośnikiem. Coś jak Maligna w "Sandmanie" Gaimana. Jest to rewelacyjne gdyby odnieśc to do postawy dyskordiańskiej. Król Junior jest chodzącą dekonstrukcją wszystkiego. A nawet Wszystkiego. A najśmieszniejsze jest to, że inni dają się zarazic jego interpretacją sytuacji. Chodzi mi oczywiście o pomysł z ofiarą. Bardzo interesujące jest to, że autorzy zostawili nam furtkę połączenia upadku rekina do wulkanu, a pozbycia się problemu. Oczywiście na poziomie meta widza poinformowano, że nie ma żadnego związku przyczynowo-skutkowego. Ale również pozwala się Juniorowi i Morycowi wierzyc w taki związek. Co jest bardzo ciekawe. Ktoś mógłby to nazwac po prostu głupotą, ja tu widzę bardzo ciekawy sposób bycia w świecie. Niestety nie dla mnie, gdyż za bardzo wszystko analizuję.

Z książek przeczytałem (jeszcze w pociągu) "Larwę" Fowlesa. Sama książka nie jest zbyt ambitna, chociaż może sprawiac takie pozory. Wątek duchowy na koniec przeszkadzał mi bardzo. Nie było to też za bardzo postmodernistyczne. Samą książkę czytało się bardzo nierówno. Prolog był dla mnie bardzo ciężki i już myślałem, że przerwę lekturę. Ale potem, gdy zaczełą się rozwijac główna fabuła i autor przeszedł do stylu prowadzenia przesłuchań zaczęło mi się to podobac. Czytało się to szybko i łatwo. Może poszczególne elementy akcji były zbyt przewidywalne no i zakończenie mnie nie przekonuje, ale nie żałuję.

Po tym kupiłem sobie "From hell" Moore'a i Campbella. I muszę przyznac, że jest to genialny komiks. Oczywiście nie lepszy od "Promethei", choc wiele pomysłów na temat magii ma swoje źródło właśnie w moorowskiej interpretacji historii o Kubie Rozpruwaczu. Co to mi dało natomiast, to przestałęm patrzec na Moore'a jako na chłopka roztropka, który się interesuje tylko jednym zagadnieniem w któym jest dobry. Co prawda już cytaty ze "Strażników" czy "V" powinny mi pokazac, że on jest cholernie oczytany. Ale jakoś ignorowałem ten fakt. Może wydawało mi się, że umieścił tam rzeczy, które akurat znalazł pod ręką, że to było takie bajerowanie swoim oczytaniem. Oczywiście to nie prawda, ale dopiero przypisy do "From Hell" uświadomiły mi jak cholernie dużo pracy intelektualnej go to kosztowało. Dołączenie do "tańcu mew" (jak to świetnie zostało pokazane) wymagało od Moore'a akademickich wręcz badań na temat samego Jacka, ale również epoki wiktoriańskiej i wielu wielu innych rzeczy (jak masoneria, mity związane z Londynem jako miastem itp.). Cały ten bagaż autentycznie mnie przeraża. Za dużo tego.
Strasznie podobają mi się filozoficzne założenia tego dzieła. Podobnie jak postac jasnowidza, który jest oszustem i zmyśla to co przepowiada, a mimo tego to się spełnia.

Do tego przeczytałem "Głowę Kasandry" Baranieckiego - podobały mi się jego pomysły, ale styl jest beznadziejny. Dziwię się, że Parowski się tym zachwycał.
A dzisiaj skończyłem króciótkie "Spanking the maid" Coovera. Rewelacyjne, chociaż nie aż tak pornograficzne, jak się spodziewałem.

Muzycznie jak widac Kleyff, bo usłyszałem w księgarni i zachciało mi się dosłuchac już w domu. Do tego Bowiego "Honky Dory" oraz teraz słucham Sol Invictus.

Jan. 2nd, 2009

ja w środku

dzienniczek już coraz bardziej nieregularny

Dzisiaj mój ostatni dzień w domciu. Szkoda wielka. Wyprodukowałem tu sobie bardzo przyjemny kokonik przez te kilka ostatnich tygodni. Nikt mnie nie ruszał, nikt się mnie nie czepiał. No może się czepiali. Odbyłem kilka poważnych rozmów z moim tatą. Nawet nie podejrzewałem jak on się bardzo o mnie martwi. O moją przyszłośc, pracę i tym podobne rzeczy. To mi oczywiście nie pomaga, bo sam jestem na skraju paniki. Właśnie dlatego potrzebowałem kokonu ochronnego w domu.

1. W nowym roku postanawiam lepiej organizowac sobie czas. (dostałem między innymi po to ładny nowy kalendarz).

Święta odbyły się zupełnie standardowo. Kilka kłótni na lini Tata - Brat, Tata - Dziadek, Ja - Tata, Ja - Dziadek, Ja - Brat. Jedna wielka kłótnio-dyskusja na temat Teorii Globalnego Ocieplenia miedzy Bratem a mną i Tatą. (Dziadek też pośrednio się do tego odniósł i brał w dyskusji dośc znaczną rolę, pomimo tego, że nie był przy niej obecny). Prezenty ustalone były wcześniej, więc obyło się bez niespodzianek. Jedynie żałuję, że nie udało mi się spotkac ze znajomymi. Szczególnie naciskała na spotkanie Panna. I tego, że musiałem ją zawieśc najbardziej mi szkoda. Miałem nadzieję, że zacznę w końcu pisac swoją pracę magisterską, ale okazało się, że nazbieranych materiałów jest zbyt wiele i potrzebuję kilku dni aby je wszystkie przerobic. Poza tym zwyciężyło lenistwo. Wynik= zero stron napisanych + kilkadziesiąt nowych książek do przeczytania, aby czuc się specjalistą.

2. W końcu zabiorę się na poważnie za swoją magisterkę.
3. Zacznę biegac, by w końcu schudnąc (na plantach w okolicach godziny 19-20).
4. Zrobię się kreatywny i zacznę działac artystycznie. (wzięty aparat i szkicowniko-pamiętnik)

Z życia czytelniczego zdażyło się niewiele. Zacząłem "Nienasycenie", ale musiałem przerwac i nie wiem kiedy wrócę do tej książki. Przeczytałem "Żart" Kundery i nie podobał mi się zbytnio. A nawet chyba wcale. Teraz zabrałem się za "Larwę" Fowlesa (bo nie chciałem czytac "Maga"). Początek ciekawy - jutro w pociągu okaże się jak reszta. Poza tym przydałoby się w końcu przeczytac "Masona i Dixona" Pynchona - szczególnie, że jego nazwisko znalazło się w liście inspiracji Moore'a do "V for Vedetta". Miałem problemy z początkiem tej książki, ale teraz się zawezmę. Mam też nadzieję kupic w Krakowie "From Hell", bo czytałem o tym bardzo dużo i potrzebuję tego komiksu do magisterki. Może jeszcze nadrobię zaległości komiksowe (w końcu mam kasę): "Y: The Last Man", "DMZ", "FMA", jak mi zostaną pieniądze to "Ikara" Moebiousa.
Muszę uważac z tymi komiksami, bo jest jeszcze kilka książek, które chciałbym kupic. (nowa częśc "Kłamcy", Palahniuk ostatni w końcu itp.). Zobaczymy.

Jeśli chodzi o muzykę, to słuchałem dużo wszystkiego z lat 70tych, bo znalazłem się pod wpływem serialu "Life On Mars". I piosenka Bowiego chodzi mi po głowie. Poza tym mocne i neopogańskie rzeczy jak Sol Invictus i stajnia Old Europa Cafe (ich Various Artists). Tyle. Następne odezwanie się już z Krakowa.

5. Nie byc taką dupą.

Dec. 12th, 2008

ja w środku

cytatum

"Która była godzina. To jest nieważne. Była godzina G. Zawsze jest godzina G. Ginąca gigantyczna godzina. Gorączkowo grasująca. Galopująca w gardle. Gruchocąca grdykę. I tak dalej. Ale my się nie damy. Dla nas nie ma ratunku, ale my nie zginiemy - jak pisali na swoich sztandarach powstańcy Czarnogóry." E. Stachura, Cała jakrawośc, Warszawa 2006

Dec. 9th, 2008

ja w środku

wczorajszy dzień och ach

Wczorajszy dzień był jednym z najbardziej intensywnych dni w moim życiu. A tak naprawdę składał się tylko z trzech części. Ale za to jakie to części były.

1.

Do Krakowa przyjechał Dalajlama XIV. Dowiedziałem się o tym tydzień wcześniej, kiedy na zajęciach z Psychologii Bohatera siedząca obok mnie A.B. spytała: "Słuchaj nie mogę iśc na spotkanie z Dalajlamą za tydzień, chcesz?". Oczywiście chciałem. Aż wstyd, że w ogóle nic o tym nie wiedziałem wcześniej. Szczególnie głupio mi się zrobiło wczoraj, gdy spotkałem D.Z. Strasznie mi zazdrościła tego, że mogę wejśc na salę. Złożyła podanie o wejściówkę trzy tygodnie wcześniej i już nie było miejsc!!!

To się nazywa fuks nad fuksem.

Wszedłem na salę Audytorium Maximus w okolicach godziny 13:30. Ochroniarzy, którzy przeszukiwali wszystkich nawet nie zwrócili uwagę na jednojuanową monetę, którą wyciągnąłem z kieszeni. Trochę się tego obawiałem. W ogóle przez cały czas w mojej głowie formowały się plany, jakim sposobem zabic Jego Świątobliwośc. Tak dla żartu. Bardzo śmieszne haha. (wydaje mi się, że to nie byłoby trudne - wystarczyłby jakiś gaz albo właśnie coś większego w portfelu - ochrona była bardzo słaba)

Wszystko zaczynało się o 15. Już o 14:15 sala była pełna. Niektórzy zapisywali na karteczkach pytania i przekazywali je przedstawicielom samorządu studenckiego. Atmosfera była dosyc sceptyczna. Dużo śmiechu, ale chyba niewiele wśród publiczności osób, które przyszły na to spotkanie dla Odnowy Duchowej tm. lub jakichkolwiek innych bzdur. Za mną siedziało kilka osób zainteresowanych aspektami politycznymi działania Jego Świątobliwości. Polityka była również moim zainteresowaniem. W końcu nienawidzę Tybetu. A i do buddyzmu dalajlamicznego mam dystans po tym, co widziałem na Sri Lance.

Ale cały sceptycyzm zniknął po wejściu Dalajlamy. Jaki to jest niesamowity człowiek!

Oczywiście można miec wiele zarzutów. Po pierwsze do bardzo zdenerwowanego tłumacza. Po drugie do poziomu dyskusji i problemów jakie się pojawiały. Gdy J.Ś. wygłaszał swoje przemówienie wstępne, siedząca obok Dziekan Wydziału Filozoficznego wybierała co ciekawsze pytania. No i nie wybrała zbyt mądrze. Wiele z pytań świadczyły o totalnym niezrozumieniu buddyzmu. Inne były naiwne. Ani polityki, ani teologii.

Ale wszystkie rzeczy są nieważne. Naprawdę to bzdura. Bo osobowośc Dalajlamy była tak niesamowita i magnetyczna, że wszystko zeszło na drugi plan. Jest to niewysoki i wesoły staruszek. Wesoły tak bardzo, że jest to zaraźliwe. I urzekające za razem. J.Ś. jest gwiazdorem. To chyba cecha każdego laureata Nagrody Nobla. Ale tutaj zadziałało to naprawdę bardzo dobrze. Od samego początku, od swego przemówienia złapał świetny kontakt z publicznością. Skrócił dystans opowiadając o swoim życiu prywatnym (niedawnej operacji, tego, że w otoczeniu ludzi młodszych sam też czuje się młodszy). Złapał wszystkich za serce. Naprawdę wszystkich. Oczywiście pytania były głupie, ale odpowiadał na nie z humorem (Pytanie: czy może nam J.Ś. dac błogosławieństow? D.XIV: I don't know.). Powiedział jak wyglądają jego codzienne zajęcia, jak dostał lanie od wujka - mnicha buddyjskiego, kiedy miał rok albo dwa. Jak przestraszył się wielbłąda, gdy poszedł się załatwic.

Oczywiście nie było to naukowe. Nie było to nawet "poważne". Na jedno, jedyne poważne pytanie teologiczne odpowiedział: "odpowiedź na to pytanie zajęłaby wiele godzin, czytaj następne.". Ale właśnie ta nienaukowośc była niesamowita. Bo to wielka sztuka wnieśc pozytywne myśli i uczucia do audytorium uniwersyteckiego. Rozbic te skostniałe ściany naukowych dysput. W swojej istocie nie było to religijne, ale smakowało mi dyskordianizmem. I pozytywnym zamieszaniem.
A we wszystkim co mówił była wielka mądrośc. Mimo wszystko. Niesamowite.
Rzeczywiście chyba będę o tym spotkaniu pamiętał do końca życia.

Wciąż nie lubię Tybetu i buddyzmu dalajlamicznego. Ale jestem wielkim fanem Dalajlamy XIV.

Gdy prawie po godzinie czekania na dostęp do szatni ubrałem się i wyszedłem przed audytorium, zobaczyłem panią z zapisanym kartonowym transparentem: "Reinkarnacja jest pomysłem Szatana. Jagiellońska braci! Wasi rektorzy się w grobie przewracają".

2.

Około 19 poszliśmy z Alkiem na film Herzoga "Spotkania na krańcach świata". Mówił mi już o nim Ems. podczas naszej wspólnej wycieczki do Oświęcimia. Mówił, że jest to niesamowite przeżycie. Zazwyczaj mu wierzę, ale i do Herzoga i do filmów dokumentalnych mam stosunek bardzo nieprzychylny. Dlatego też jedynie pokiwałem głową i nic nie powiedziałem.

Ale okazało się, że grają ten film w kinie Paradox. Wstęp bardzo tani, więc postanowiliśmy się razem z Alkiem wybrac.

Ojej. Słowa tego nie mogą opisac. Ta, niby z pozoru prosta, opowieśc o podróży na Antarktydę jest przesiąknięta niemieckim Duchem. I to naprawdę z wielkiego "D". Herzog cały czas mówi po angielsku z charakterystycznym twardym akcentem Niemca, ale tak naprawdę cały film jest przesiąknięty jeśli nie Goethem, to Mannem na pewno. To jeden wielki traktat filozoficzny o człowieku o świecie i o Bogu. Przeraża a zarazem fascynuje i śmieszy (wątek z "szalonym" pingwinem).

Galeria ludzi, którzy tam są to freaki lepsze niż w Carnivale. Ludzie, którzy nie potrafią sobie poradzic ze współczesnym światem i szukają miejsca ostatecznej ucieczki. Ludzie po doktoratach sadzący roślinki, filozofowie pracujący w buldożerach, hipisi szukający ostatniego miejsca spokoju i spełnienia. Ja chcę na antarktydę!

To najlepszy film dokumentalny, jaki widziałem w życiu. Coś, co udowadnia, że paradygmat modernistyczny wciąż jest potrzebny i żywy. Że filozofia to nie tylko słowo. Że matafizyka jest osiągalna na ziemi.
Że człowiek coraz bardziej szaleje. Oraz to, że nie ma już na ziemi miejsca, które byłoby nieudomowione, tajemnicze.

Jeśli czuje się potrzebę ucieczki, potrzebę przeżycia mistycznego - Antarktyda to ostatnie miejsce do jakiego można się udac. Tutaj kończą się wszystkie mapy.

To autentyczny koniec świata.

Nie muszę chyba pisac, że chcę tam pojechac. Chcę się tam zaszyc, uciec i byc jednym z ostatnich marzycieli.

3.

Gdy wróciliśmy z Alkiem do naszego mieszkanka postanowiliśmy na dobranoc obejrzec Cabaret. Jest to bardzo dobry film (już rozumiem dlaczego Kościęba twierdził, że jego ulubiony). Jego odbiór miałem zaburzony przez wszystko to, co się wydarzyło wcześniej.

Ale i tak mi się podobało. Do tej pory chodzi mi po głowie muzyka. I wróciłem do Dark Cabaretu. Właśnie słuchałem Voltaira, po sesji z Tiger Lilies.

>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>>

A z bierzących spraw: jadę do domku jutro wcześnie rano. Już nie mogę się doczekac. Jedynie perspektywa pisania magisterki to coś, co mnie przeraża.

W weekend przeczytałem rewelacyjną "Miazgę" Andrzejewskiego. I moje lekturowe rzeczy zaczęły kręcic się wokół polski w latach 60tych. To znaczy Konwickiego "Wniebowstąpienie" oraz coś Stachury (czeka w kolejce). Poza tym zacząłem czytac Jacka Keuraca i jest bardzo dobry. W kolejce czeka na mnie Witkacego "Nienasycenie". W końcu.

Humor stateczny trochę zdołowany detoksem japonistyczno-Emsowym. Ems. napisał tekst pseudo-literacki i rozesłał wszystkim znajomym. Zjechałem to coś, naśladując do tego jego styl (chociaż pewnie tego nie zauważy). Chyba go obraziłem. Ale to dobrze. To znak tego, że się odcinam.

Pogoda słoneczna. Ale zimno.
Biblioteka pełna ludzi.

Dec. 5th, 2008

ja w środku

dzienniczek zielony

Dawnom nie pisał. Oj dawno i wiele czasu minęło. Wiele się zdażyło po drodze. Nowi ludzie, nowe problemy.
Zostałem zrugany przez Pannę, dlatego też piszę.
Na razie krótko i tylko na rozgrzewkę.
Wciąż jestem w bibliotece. Internet szwankuje - nie mam pojęcia dlaczego.
No a teraz punktu, bo łatwiej jest tak myślec i ominąc nieporządku (aluzja niekoniecznie czytelna dla wszystkich, ale dla jednej osoby tak):

1. Przeprowadziłem się. Mój nowy pokój jest mały i dośc głupio zagospodarowany. Na środku stoi wielki stół. Taki jak w mieszkaniu CA na warszawskiej Pradze. Po jego lewej stronie znajduje się rozwalona i rozkładana kanapa - legowisko A. i jego nieporządku. Po prawej na podłodze znajduje się mój materacyk. Na razie jeszcze jest tam względny porządek, ale już zarażam się
A-owym bałaganem. Już płyty leżą na stole zamiast w metalowej skrzyneczce. Już nie przeszkadza mi to, że komiksy leżą na półce krzywo. Bałaganiam swoje zwyczaje. Ale to akurat mogę przeżyc.
Wracam do opisu - mieszkanie jest strasznie wysokie (3 jak nie 3,5 metrów do sufitu) i bardzo stare. Szafy wyglądają i pachną identycznie jak te w Mielenku - u mojej babci. Są zbudowane z olbrzymich kawałków drewna i nikt nie ma pojęcia jakim sposobem ktokolwiek mógł je wnieśc do środka. A archaiczności mego otoczenia mogą świadczyc dwa przedmioty z zeszłej epoki: lodwóka "Mińsk" i pralka "Frania". Do tego dochodzi jeszcze toaleta "pułeczkowa" w stylu niemieckim (zainteresowanych odsyłam do Żiżka) oraz popękana wanna mająca ponad 50 lat. Mówiąc krótko jest cudownie - jedyną niedogodnością (oprócz spania na podłodze, dzielenia pokoju z kimś obcym, czasami problemów z komunikacją i kilkoma małymi spięciami dotyczącymi zwyczajów) jest zimno. L. i A. są niemcami. I oszczędzają zaprawdę w bardzo niemieckim stylu. W mieszkaniu jest bardzo zimno- bez polara i grubych wełnianych skarpetek (made in Polska by moja babcia) to wieczorem nie da się wytrzymac.

1.1 Moi współlokatorzy dzielą się na mężczyzn i kobiety. Pierwszy jest tylko jeden (poza mną). To właśnie A. Mam wrażenie, że jest trochę rozwydrzonym dzieciakiem a zbyt dużej ilości pieniędzy (podróż do Indii na dwa miesiące). Poza tym jest dośc bałaganiarski i chaotyczny - czyta kilkanaście książek na raz, a tak naprawdę nie czyta żadnej. Ma kilka innych wad (jak na przykład bycie - bardzo zresztą dziwnym - praktykującym katolikiem; co noc modli się przed fragmentem obrazu Maryji zawieszonym nad jego łóżkiem), ale nie są to rzeczy, które by go dyskwalifikowały jako współlokatora. A to dlatego, że a) lubi operę b) chodzi do teatru (na przykład dziś idziemy na Lulu) c) ma background filozoficzny (mimo tego, że jest historykiem) d) gra w rpg i lubi komiksy i anime i wiele wiele wiele.
Przedstawicielkami kobiet są L. i C. Pierwsza jest niemką druga - francuzką. Druga jest bardzo sympatyczna i otwarta - typ szarej myszki. Pierwsza jest bardziej surowa ale walczy o to byśmy się dogadywali. Na początku myślałem, że coś z L. jest nie tak. Zachowywała się dziwnie. Wciąż ma do mnie nieokreślony dystans, ale chyba zaczęliśmy się tolerowac. I po prostu sobie nie przeszkadzamy. C. jest wielką kinomanką, zainteresowaną polskim filmem zresztą. Słucha Radiohead. I to wystarczy za opis. Dogadujemy się świetnie.

1.2 Budynek w którym mieszkam jest bardzo tajemniczy. A nawet Tajemniczy. To stara kamienica, której klatka schodowa wygląda jakby połączono to, co widzieliśmy w Amelii z Leonem Zawodowcem. Są tylko 3 piętra. Gdy się pójdzie schodami wyżej niż ostatnie drzwi zaczyna się robic dziwnie. Okazuje się, że dach nad klatką zbudowany jest z jakiegoś szkła. Listopadowo grudniowa szarośc jak na razie nie sprzyja, by miało to jakikolwiek efekt świetlny, ale wiosną musi tam byc bardzo ładnie. Jasno. To już samo w sobie jest magiczne. Ale jeszcze nie Tajemnicze. Tajemnicze są rośliny które ktoś poustawiał na schodach powyżej granicy zamieszkania. Stoi tam kilkadziesiąt doniczek. Naprawdę multum. Trzeba się przez tą zieleń przedzierac aż w końcu dochodzi się do wielkich metalowych drzwi. Niestety zamknięte są na kłódkę. Pewnie prowadzą na dach (chciałbym aby prowadziły na dach). Wszystko to rośliny, szkło i metal spowodowały, że czuję się jak bohaterka Tajemniczego Ogrodu.
Wiem, znów dziewczynnieje, ale nie mogę się pozbyc tego wrażenia.

2 Z wydażeń bierzących - jadę do domu za 5 dni! Już odliczam i nie mogę się doczekac. Nie ważne, że będe musiał pisac magisterkę, ale dom dom dom. Super.

2.1 W tamtym tygodniu przyjechał do mnie tata. Mieliśmy Rozmowę (jak zwykle ostatnio). Ale chyba się aż tak bardzo nie denerwował. Przynajmniej mniej niż zwykle. Stanęło na tym, że ja wciąż udaję, że dbam o swoją przyszłośc a on udaje, że moje udawanie go uspokaja.

3. Martwię się o mojego brata. Bo się był rozstał ze swoją miłością wielką. I szkoda wielka. Mam nadzieję, że mu szybko minie. Martwię się również o Emsa, który ostatni jakoś dziwnie się zachowuje. Odsuwa od siebie wszystkich możliwych ludzi.

3.1 To zachowanie Emsa uświadomiło mi jak bardzo go potrzebuję. Jak bardzo się od jego "przyjaźni" uzależniłem. Muszę to odciąc. Dobrze, że wyjeżdżam stąd nie zobaczymy się prawie przez cały miesiąc. Przyzwyczaję się do myśli o jego nieobecności. Inna sprawa, że Ems jest jedyną osobą, która łączy mnie jeszcze z japonistyką. Oderwanie się od niego to również odcięcie ostatniej japonistycznej pępowiny. Ostateczne przyznanie się do porażki. Trzeba to było zrobic dawno temu. Dobrze, że zdałem sobie z tego sprawę. Między mną i japonistyką było z górki od momentu ostatniej wielkiej imprezy u S-dry. To jest finał. Trochę szkoda.

Nov. 11th, 2008

ja w środku

dziennik straszne rzeczy się dzieją

Naprawdę okropne rzeczy się dzieją. Moje poszukiwanie nowego lokum zamieniło się w udawanie, że czegoś szukam. Jestem przerażony perspektywą zmiany. Szczególnie, że jednak Pędzichów nie wypali. Musiałbym mieszkac tam na trzeciego a nawet czwartego. Straszne. Oficjalnie szukałem czegoś w poniedziałek. Ale tak na prawdę byłem w tym czasie na wycieczce w Oświecimiu. Moimi towarzyszami byli Ms., OSan oraz Kasza - przyjaciółka OSan z Wrocławskiego ASP. Chyba fajna. Po dośc szybkim przebiegnięciu przez muzeum (wrażenia z niego zachowam dla siebie, bo były dośc skrajne) usieliśmy z Ms. czekac na dziewczyny. Usiedliśmy sobie więc na ławce i porozmawialiśmy szczerze. Głównie była to krytyka mojej osoby. I moje użalanie się nad niemożnością zmiany. Ms. wypuunktował dokładnie wszystkie moje wady i z typową dla siebie przenikliwością powiedział co muszę zmienic. Najśmieszniejsze jest to, że ja zdaje sobie z tego sprawę co jest ze mną nie tak. A brakuje mi siły wewnętrznej by cokolwiek ruszyc z posad. Jestem tylko i wyłącznie tekstami i marzeniami, które wypowiadam, a których nie potrafię zrealizowac. I nawet teraz, po tej rozmowie boję się utworzyc jakiekolwiek postanowienie, bo jestem w tym przeciwieństwem Ms. On, jeśli sobie coś postanowi to do tego dąży. Ja po prostu czekam aż to się samo spełni wszystko. Jestem żałosny, wiem.
Gdy już przyszły dziewczyny (a czekaliśmy na nie dośc długo) przyjechała do nas Pti. Jej osoba jak zawsze rozjaśnia całe towarzystwo. Poza tym bardzo dobrze jeździ. Trzeba jej to przyznac. W każdym razie obwiozła nas swoim zielonym Tico po Oświęcimiu, pokazując inny obraz miasteczka, które wszystkim kojarzy się tylko z jednym. Okazuje się, że jest tam bardzo ładny deptak i ryneczek. Centrum jest bardzo urokliwe. Po tym wszystkim pojechaliśmy do domu Pti. Poznaliśmy jej rodzicówi zotaliśmy nakarmieni kociołkiem (zwanym w tym regionie "prażonym"). Zatęskniłem za domem, a jakże. Było naprawdę sympatycznie, gdyby nie to, że wywiązała się rozmowa o M. Strasznie to do mnie trafia, kiedy mówią o niej przy mnie. Nawet westchnąłem dwuznacznie, co chyba tylko Ms. zauważył.
Po powrocie mieliśmy miec noc muzikali, ale niestet OSan była zbyt zmęczona a oglądanie tego w dwójkę mijało się z celem.
I tak nadeszło dzisiaj. Dzień minął mi wolno. Byłem nad Wisłą na chwileczkę poczytac sobie i popatrzec na koniki na paradzie. Tekst był teoretyczny i dośc ciekawy, zobaczymy co z nim zrobimy jutro na seminarium. Koniki były prześmieszne i bardzo zagubione.
Niestety było też zimno. Zabrałem się więc czym prędzej.
W domu obejrzałem kilka seriali - Californication jest genialne. A Heroes chyba porzucam na dobre. Tak jak Dextera (tego tylko na razie). Zastanawiam się nad My Own Worst Enemy, bo również jak na razie nic się w nim nie klei, ale chyba dam temu szansę. Podoba mi się główny aktor.
Ale to nie jest najważniejsze. Wiadomością dnia jest, że Bro rozstał się ze swoją wybranką serca. I kurde strasznie się o niego martwię. Nie chciał rozmawiac przez telefon, tylko przez gadu. I nie brzmiał najlepiej. To znaczy brzmiał tak jak on - totalnie zamknięty w sobie i jakby wszystko to, o czym opowiada wcale go nie dotyczyło. Rodzice mają bliżej i wolałbym aby wiedzieli. Ale jedna to on powinien byc tym, który to powie. I jeszcze zasłania się nauką. Chciałbym aby przyjechał na weekend tutaj, może rodzice to zasponsorują? Chciałbym, ale nie wiem. W sobotę będzie impreza, nie wiem czy on by się tam dobrze czuł, ale może to jest wyjście. Niech się upije i niech mu przejdzie. Czy mu przejdzie? Na pewno nie tak łatwo, ale jednak to chyba jedyny sposób w jakim mogę mu pomóc.
Najgorsze jest to, że nie wiem czy on potrzebuje mojej pomocy. No i mam kilka własnych kłopotów (szukanie szukanie mieszkanie mieszkanie). No i jest kwestia myślenia racjonalnego - czy rodziców stac za płacenie za mieszkanie pawłowe? Pewnie tak, ale wtedy ja muszę szukac czegoś tańszego. Fuck fuck fuck. Za dużo tego wszystkiego na raz.
Biedny Bro. Strasznie się tym przejmuję i dołuję. To był taki wzór pary. Zresztą w tym zakresie po raz pierwszy rodzice dawali mi przykład Bro do naśladowania, nie odwrotnie.
Tyle jak na razie.
Nie napisałem o:

- oświęcimskich przemyśleniach
- o pierwszym śnie o M. (z wielkim kleszczem w roli głównej; aha i tarzaniu się w trawie)
- o sms-ie od Aj. bo to już nudne się stało.

Nov. 8th, 2008

ja w środku

dzeinnik po przerwie

Nie pisałem tutaj przez kilka dni. Pomimo obietnic i zapewnień. Za dużo się działo.
To znaczy nie aż ta dużo, ale jednak rollercoster zjechał znów w dół, w pobliże podłoża. Poszukiwanie mieszkania z RMT okazało się błędem. W momecie podjęcia decyzji mój latynos nie ptrafił się zdecydowac. A potem stwierdził, że woli mieszkac sam. I że mam szukac sobie czegoś tylko dla siebie. Wkurzyło mnie to niezmiernie. Nie dośc, że cały tydzień przeglądałem wiadomości tylko i wyłącznie mieszkań, które mogłyby mu podpasowac, to jeszcze teraz sam muszę decydowac, biegac i szukac. A tego nienawidzę.
Ms. zaproponował mieszkanie razem. Ale najpierw musiałby się pozbyc swojej obecnej współlokatorki. Chyba miałbym wyrzuty sumienia. A może nie? Pędzichów jest ekstremum, ale to byłoby pierwszy raz, gdzie mieszkałbym z osobami, z którymi naprawdę się zrzyłem i naprawdę się dogaduję.
Bo Ełf. To była porażka. Totalna. O wiele lepiej dogadywałem się z Kaczem niż z nim. No ale może to jest właśnie ten problem o którym kiedyś mnie ostrzegano? Że przyjaciele nie mogą mieszkac razem, bo wtedy zaczynają się nie znosic. Na pewno Pędzichów jest tani. Na pewno też są fajni ludzie. Mogę chyba przetrzymac warunki jak w akademiku. W końcu właśnie na tym polega życie studenckie i dobrze, abym po 5 latach w końcu go zasmakował. Największy problem to wyrzuty sumienia, bo współlokatorka Ms. niczym nikomu nie zawiniła. Oczywiście on twierdzi, że jest denerwująca - ale właśnie tego chyba najbardziej się obawiam. Że on poznał mnie tylko w jakiejś części i mieszkając z nim okaże się, że wcale tacy nie jestem. Że ja również będę denerwujący.
A znów nei chce mi się biegac i szukac jakiegoś lokum na siłę, gdzieś super daleko od wszystkiego. Ehh. To wszystko jest za trudne.
Muszę poważnie porozmawiac z Ms. Miałem to zrobic wczoraj na imprezie, ale zasnąłem i nie poszedłem. Może jak będziemy jechac do Auschwitz w poniedziałek.
Jest masakra - jak na razie nic mi nie wychodzi. Już nie nawet nie piszę o M., chyba nawet o niej nie myślę. Trochę zazdrośc się odzywa, bo wszyscy się śmieją z tego, że Ms. się w niej kocha. A on to podgrzewa swoim zachowaniem.
Dupa.
Skończyłem czytac "Diunę" - w tym gorszym tłumaczeniu. Wydaje mi się jednak, że nie aż tak gorszym. Były czasami momenty nieścisłości, gdzie widziałem, że narracja się rozwala. Ale poza tym nie było tragicznie. Takie mam wrażenie. Świat był ciekawy - podobało mi się włączenie elementów mentalistycznych. Ale żadna rewelacja. Teraz czytam "Psa i klechę" w przerwie między książkami do magisterki.
Przez te ostatnie dni dolin nie słuchałem żadnej muzyki. Jedynie Marylin Manson, gdy wezbrała mi złośc na RMT. Żadna rewelacja. Kocham utwór "Lemur-Nocne widzenie" Kur.

Nov. 3rd, 2008

ja w środku

dziennik bezmuzyczny

Nie mam ochoty słuchac muzyki. Jakoś tak wyszło, że dzisiaj wolę ciszę.
Właśnie trochę cwiczyłem i krew pulsuje mi w skroniach. Wystarczy dziesięc minut i padam. Ehh muszę się wziąc za siebie. Co tydzień sobie to obiecuję.
Ale pot jest fajny, śmierdzę, żyję. Zaraz zrobię jeszcze pompki i brzuszki. Muszię się za siebie wziąc.
Dzień minął mi bez ekscesów większych.
Pokłóciłem się na zajęciach. I chyba nikt moich argumentów nie zrozumiał. Pani doktor chyba mnie polubiła. Zapamiętac, że musze do niej pójśc za dwa tygodnie.
Potem spędziłem kilka godzin kwestiom nowego mieszkania. RMT bardzo się denerwuje. Ja o dziwo jestem spokojny. Inna sprawa, że na większośc mieszkań, które wybiera mój współlokator mnie nie stac. Są oczywiśie super położone - na przykład na Grodzkiej. Ale kurde cena jest makabryczna. RMT jakby nie zwracał na to uwagi. Twierdzi, że to akurat spoko. No zobaczymy.
Zapalił się do mieszkania na Szlaku, w którym mieszkała już jego przyjaciółka. Dla mnie to o tyle ciekawe, że miałby dosłownie 200 metrów na Pędzichów, do Ms. Chociaż mi bardziej odpowiadałoby mieszkanie na Karmelickiej (dwa pokoje z telewizorami, ale droższe). Albo to na ulicy Kupa, które wygląda jak mieszkanie Joeyego i Chandlera z przyjaciół. Yes yes yes.
W każdym razie jutro trzy mieszkania do obejrzenia, w środę dwa w czwartek jedno od właścicieli tego. Zobaczymy.
Jak coś, to Pędzichów czeka.

Nie mogę kupic nigdzie notatnika do mojego projektu artystycznego. Fuck. Wszędzie są jakieś chujowe zeszyciki z formulą 1 albo różowym kwiatkiem.

Tyle na dziś. Czas na ciąg dalszy cwiczeń.

Nov. 2nd, 2008

ja w środku

dziennik, chlociaż mi się nie chce

Nie podsumowałem wczorajszego dnia, gdyż byłem na to zbyt zmęczony. A dzisiaj opanował mnie leń straszliwy. Ale obiecałem sobie jedną notkę dziennie.
Więc postaram się szybko i krótko.
Byłem wczoraj na cmentarzu, ale zmęczenie spowodowało, że czułem się jak lunatyk. Żeby było śmieszniej tej nocy również miałem problemy ze snem. Wszystkie mięśnie mam giętkie.
Miałem napisac obszerniejszy fragment o tym, jak uważam Wszystkich Świętych za pogańskie święto i opisac kilka absurdów, które zauważyłem.
Ale zostawmy to tak. Może tylko wymienię absurdy:
Starszy dziadek z reklamówką pełną zniczy z napisem "Zakupy z rodziną".
Wśród nieskalanych ksiądz w kazaniu wymienił Św. Jadwigę - ona do świętych zbytnio nie należała. Chyba, że do zakonu Sióstr Paplających (nie wiem czy dokładnie tak się to nazywało) z "Dobrego Omenu".
Wymyśliłem sobie napis na nagrobku "Pomódlcie się za jego śmiertelną duszę" mam nadzieję, że jest to wystarczająco dyskordiańskie.

Dzisiaj była ładna pogoda, więc czytałem teksty na zajęcia na Plantach. Beznadziejne to było. Mam strasznie dużo zarzutów, mam nadzieję, że będę mógł krytykowac juro. Ehh pobudka o 5 i jeszcze raz spróbuję je przeczytac wtedy.
Dla siebie czytam Diunę i jest jak na razie niezbyt porywająca. Podoba mi się jedna ze szkół ucząca technik kontroli i czytania ludzi. Troszeczkę jak NLP. Rozumiem dlaczego ludzie mogą się tym zachwycac, ale na razie mnie to nie rusza.

Muzycznie znów mieszanka: Gorillaz (wyśmienite Demon Days), Patti Smith, Serart, Conjure One. Zastanawiam się co sobie puścic teraz.

Nov. 1st, 2008

ja w środku

dziennik

To był bardzo długi dzień. Tak naprawdę jeszczę się nie skończył. Wróciłem do domu o 6 i spałem tylko 3 godziny. Wszystko ma poświatę senności i halucygenności. Chce mi się spac. A nie mogę. Bu.

Od początku. Dzień zaczął się sukcesem administracyjnym. Wciąż jestem studentem komparatystyki! Bravo! Jej. Okazało się, że wszystkie problemy związane były z moim poprzestawianiem sobie opcji i tak dalej. Ale wszystko już jest w porządku. Wyjaśniłem pani Kasi co i jak i dostałem rozliczenie. A nawet legitymację mi podbiła. Cudownie. Wyczułem bardzo dobry moment, bo byłem tam w okolicach 9:40. Nie było nikogo.

Wróciłem do mieszkania. Poprzedniego dnia umówiłem się do oglądanie tego pięknego apartamentu. Niestety nic z tego nie wyszło. W końcu są Dziady, są święta. Umówiłem się na poniedziałek.
Notatka dla siebie: manewrowac tak, by w poniedziałek załatwic wszystko. Wizytę na dyżurze pani dr C. Speców od kaloryfera, by naprawic co i jak. Oraz oglądanie mieszkania.

Kolejne godziny minęły mi w zawieszeniu, jak zwykle. Mijał czas a ja nie jestem pewien co robiłem. Na pewno obejrzałem nowy odcinek Californication. Na pewno też zacząłem czytac Dunę. Do tego chyba zasnąłem. W każdym razie to był jeden z Tych dni. Mam luki w pamięci. Znów. Giną mi godziny.
Słuchałem muzyki - Dresden Dolls i Gorillaz. Oraz Of Montreal. To ostatnie wymaga pewnego komentarza. Muzyk tego zespołu jest strasznie męcząca. Przynajmniej jak na pierwsze słuchanie. Ale doceniam naśladowanie rytmiki i melodyjności Beatlesowej. Nie przysłuchiwałem się zbytnio tekstom. Na pewno jest jednak coś godnego bliższego poznania.

W końcu nadszedł moment, któremu ten cały dzień był podporządkowany - wyjście do hostelu. Nie mogłem się doczekac. Po pierwsze mogła byc M. Co logiczne i bardzo kręcące było. Nie będę podtrzymywał suspensu - nie przyszła. Ale było bardzo sympatycznie. Mimo wszystko. W barze było bardzo mało ludzi - okazało się, że wcale jeszcze im nie przywrócili koncesji. Ale jak na miejsce, gdzie trzeba przychodzic ze swoim alkoholem to był tłum:
- Grupka stałych klientów pochodzenia polskiego. Głównie studenci albo młodzi pracownicy. Przez cały wieczór grali w bilarda. Oprócz jednego gościa, który szukał sobie jakiejś panienki. Przyczepił się nawet do Y. Ale o niej później. Ale byli bardzo sympatyczni.
- Derr., który powoli staje się stałą postacią drugoplanową w moim życiu. Pomimo tego, że nie chcę. Niestety jest on stałym klientem hostelowego baru. I muszę się do tego przyzwyczaic. Na szczęście ma słabośc do płci przeciwnej, gdy tylko zobaczy jakąś wolną kobietę od razu rusza do akcji. Niestety przyszedł z bardzo kłopotliwym towarzystwem. Mówili dobrym angielskim. Ja po strojach domyśliłem się, że to polacy. Ms nie i był zaskoczony.
- Goście hotelowy czyli Y. właśnie R. i japończyk, który nei mieszka w hostelu, ale lubi towarzyszyc swoim znajomym. W ogóle ten japoniec to straszny typ. Ma coś tak obrzydliwego w swojej twarzy - coś tak odpychającego, że nie mogę z nim normalnie rozmawiac. Nie potrafię. Czuję wielkie obrzydzenie.
- Pracownicy hostelu, co obejmuje Ms., Ka. i Rdl. Ka. nie zrobiła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Od po prostu laseczka, która chce by kimś. Ale też nie była zbyt odpychająca i można było z nią w niektórych momentach pogadac. Raczej postac tła. Bardzo interesujący jest natomiast Rdl - barman i Dj hostelu. Misiowaty Meksykaniec, bardzo sympatyczny. Studiuje tutaj. Ma bardzo dobrą bibliotekę muzyczną i rzeczywiście potrafi dobrac playlistę tak aby było wszystko. Po pierwsze nie nudno, po drugie jakoś to wszystko się łączyło. Chyba możnaby było z nim porozmawiac poważniej. Były nawet takie momenty - gdy opowiadał o swojej siostrzenicy. Straszne jest to, że nie wróci do ojczyzny dopóki nie skończy studiów. Nie ma pieniędzy aby sobie tak jeździc. Bardzo go podziwiam pod tym względem. Poza tym świetnie się dogaduje z wszystkimi. Najlepiej chyba z R., który jest z Ekwadoru. Ale nie tylko. Uważam, że to jest osoba, którą można a nawet trzeba by poznac bliżej.
- Osoby tła, jak pijana dziewczyna, która wydała mi się bardzo inteligentna. Chyba Ms to potwierdził, chociaż na początku był dośc sceptyczny co do mojej oceny tej dziewczyny. Bazowałem na tym, że użyła strony biernej mówiąc o swoim upiciu się. Mnie to urzekło. Było to bardzo elokwentne i wyszukane. Ciekawa osóbka, zbyt wstawiona by cokolwiek więcej z niej wyciągnąc. Szczególnie, że dzisiaj wyjeżdżała. Szkoda. Inne tło to dziewczynki proszące Ms by spytał faceta w toalecie czy jest z Florydy. Upalony anglik snujący się drobnymi kroczkami po całym hostelu, przeklinająca parka angielska. Jeden z poslkich towarzysz Derr. - miał złamaną rękę. Trochę by się jeszcze ich zebrało.

Wydarzenia:
Pierwszy raz grałem w snookera. Drużyny Ka. z Rdl. przeciwko Ms i mnie. Oczywiście byłem beznadziejny, jak w każdej grze. Ale nowe ciekawe doświadczenie. Przypomniał mi się MK i jego doświadczenie jak z porno. I za każdym razem, gdy pochylałem się nad stołem zastanawiałem się, że bardzo niewygodnie by było uprawiac na nim seks. Ale może o to w tym chodzi. Nie jestem specjalistą.

Podszedł do nas jeden z polskich towarzyszy Derr. Już wcześniej ten łysol opowiadał nam o przygodzie z Extasy. Okazało się, że mowa była o tym 47 letnim grubym i łysawym facecie. Naprawdę obrzydliwym. Twierdził, że został zgwałcony przez dziewietnastoletniego aniołka za pomocą tabletki gwałtu. Było to bardzo komiczne i mieliśmy z Ms. ubaw z niego. Po pijacku wracał do tego wydarzenia za każdym razem, gdy nas widział. Aż do znudzenia to opowiadał. Wydaje mi się, że mimo oporów tak naprawdę to było spełnienie jego marzeń - jak każdego faceta. Najgorsze w tym wszystkim było to, że historię Derr. zbyliśmy jako jedną wielką bzdurę. A tutaj podszedł ten facet i opowiada to, jako prawdę. Shit. Albo się z Derr. zgadali, albo mówili prawdę - nie wiem co gorsze. Brac amerykanina na poważnie? Śmiechu warte.

Kolejnym wydarzeniem było przyjście Y. I ojejku jaka ona jest cudowna. Jest chyba najpiękniejszą dziewczyną jaką widziałem w życiu. To przeurocza, bardzo odważna ale nie wyzywająca murzynka. Drobna z pięknym ciałem. Ubiera się w stylu francuskim, co dodaje jej jeszcze uroku. Jest oszołamiająca na tyle, że nie potrafię z nią rozmawiac. Zupełnie zapominam języka w gębie. Mogę tylko od czasu do czasu coś wtrącic. A i to z wielkim wysiłkiem. Najśmieszniejsze jest to, że podchodzę do niej bez żadnego porządania. Ona jest piękna w kategoriach obiektywnych, jak powiedział Ms. Po prostu. Wygląda niesamowicie, kiedy wchodzi za bar, jakby była jego właścicielką i robi sobie kawę. Lub, gdy zakłada biały sweterek, bo jej zimno i długie kolczyki zaczepiają o wełnę. Cud.

Impreza uspokoiła się w okolicach 3. Rdl poszedł do domu, podobnie jak polacy. Wszyscy goście spali. A nawet nie tylko goście - odpychający japończyk tak się spił, że zasnął na jednej z sof. Co ciekawe, on nie tam mieszka!

Pomogłem Ms trochę posprzątac i pobawiłem się w dj-a. Niestety miałem totalną pustkę w głowie i bardzo mało piosenek wyciągnąłem z głowy aby je zagrac. Aż wstyd.
Gdy już wydawało się, że będzie spokój przyszły dwie amerykanki, które się spodobały Msowi pewnej nocy po winie. Były straszne, ale dośc sympatyczne. W tym pozytywnym, typowym jedynie dla obywateli USA, sensie. Ale mówiły po węgiersku! Niestety byłem tam tylko pzeszkodą, to Ms je czarował. Ja sobie puszczałem muzykę.

Gdy i one poszły spac nadszedł czas zwierzeń przyjacielskich. Przynajmniej taką miałą nadzieję, ale byliśmy obydwaj zbyt zmęczeni. Szczególnie Ms. Powiedziałem mu jedynie, co myślę o jego licencjacie i jakie problemy może z nim miec. Jego ambicja go zeżre - tak mi się wydaje. W sensie przyłoży się i zrobi świetną pracę, której nikt nie będzie potrafił docenic. No zobaczymy. Po tych poradach opuściliśmy bar i położyliśmy się na kanapach przed recepcją. Nadszedł czas zmęczenia i zawieszenia rytmów - Ms miał kryzys i zasnął. Ja myślałem. Poczułem się jak Skryba - co powiedział mu.

Po kilkunastu minutach Ms stwierdził, że nie musze czekac. Że mogę iśc. Więc to zrobiłem.

Na Rynku jacyś goście się bili. Ale poza tym spokój.
Wróciłem do domu o 6. I nie mogłem spac. Wraczamy więc do początku mojej opowieści. Jestem bardzo zmęczony. Ale czuję się dobrze. Mimo deszczu za oknem. Mimo głupiego pogańskiego święta. Jazda na szczycie rollercostera jeszcze się nie skończyła.

Oct. 31st, 2008

ja w środku

dziennik Co się kurwa lampisz palancie?

Dzisiejszy dzień był niezwykły. Naprawdę. Wszystko było dokładnie tak jakbym jechał na rollerosterze - dół humoru, introspekcja i góreczka świetny rezultat, troszeczkę szcześcia i zakręt w dół lecimy na łeb na szyję w depresję by dosłownie pół godziny później okazało się, że jestem w szczycie swoich możliwości maniakalnych i że cały świat przytakuje mi i kiwa paluszkiem. I nawet teraz, o pierwszej dwadzieścia cztery wciąż jestem na górze. Trochę się rzeczy ustatkowały ale wciąż jednak szczęście i maniactwo. Mogę wszystko! Ka mate! Ka mate! Ka ora!

Ale pokolei. Zaczęło się od zwyczajowego czytania na plantach. Introspekcja, skończyłem Llosę. Okazało, że "Czerwonych maków" Alaia nie da się czytac. Chciałbym, żeby to była wina tłumaczenia z tłumaczenia. Ale boję się że nie, że to naprawdę dno. Poszedłem więc do biblioteki wymienic książki na inną partię (mam jeden dzień czytania "wolnego", potem przygotowanie do magisterki). Po drodze zadzwonił Ms. Górka i górka coraz wyżej. Okazało się, że mają wolne i chciał się spotkac. Pierwszy zakręt. Spotkanie było jak zwyle fascynujące. Ms miał wyczucie i kazał mi się ruszyc i iśc pod kościół Mariacki (pretekstem było kupienie bagietki) dokładnie w momencie, w którym robiła tam zdjęcia M. Oh jakież było moje szczęście. Ale zarazem nieszczęście przyszło po chwili, gdyż dowiedziałem się, że nie będzie jej na dzisiejszej imprezie. Ale może będzie jutro!! W każdym razie pogadaliśmy, pouciekałem z bycia na zdjęciu. I było nieźle. Kolorowo, niestet nie mogliśmy iśc z nimi, bagietki czekały. Ale nic to, bo po chwili spotkaliśmy M. znowu, gdy czekała z całą grupą na zajęcia. Nie miałem co robic, więc postanowiłem poczekac. I posłuchac M.owych historii o jej mieszkaniu w Japonii. Ładne to było. Ładna ona była. ALe teraz najważniejsze. Gdy postanowiłem już sobie iśc stwierdziła, że możnaby razem iśc na "bagietkę". Cudne to było, chociaż nie mam pojęcia czy to znaczy to, co chciałbym aby znaczyło. Pytałem potem Ms. i on jest równie zagubiony jak ja, ponieważ nie rozumie całej tej sytuacji. Nie wie skąd ona mnie zna. Ja też zresztą nie. Ale było o ładne ładne błyszczy błyszczy.

W międzyczasie dostałem niepokojącego smsa od właścicielki naszego mieszkania. Chciała przyjśc i porozmawiac, co było dośc niepokojące. A nawet bardzo niepokojące powiedziałbym.Czyli niby szczyt, ale ze świadomością, że już zachwilkę zjedziemy, już będzie niefajnie, tylko jeden zakręcik. No i zjechaliśmy. Gdy przyszła okazało się, że ich firma postanawia sprzedac nasze mieszkanie. Mamy miesiąc na wyprowadzkę. Ja się nie martwię, zawsze mogę się przenieśc na Pędzichów. Co zresztą byłoby rzeczą dośc oszczędną dla rodziców i pewnie bardzo rozrywkową z mojej strony. Ale nie jestem pewien. To taki maks maksów. Niżej już się nie da. Karaluchy i te sprawy. Trochę przesadzam, ale tylko trochę. Natomiast Ms bardzo chyba by chciał. Kra. też mniedo tego gorąco namawiała. Nie wiem. Na pewno jakby co, to mam. Znalazłem też naprawdę niezłe mieszkanie, ale troszeczkę dalej od naszego. Jakieś pięc minut. RMT się to nie spodobało chyba. Pomimo tego, że będzie tylko trochę drożej a wyposażenie totalnie luksusowe. No i pokoje się nieprzejściowe, choc jeden z aneksem. Dla mnie bomba. No zobaczymy. Jutro o 15 lub 16 oglądanie. Napisałem też do wszystkich znajomych. Krzyś mi odpisał i dał namiary na pojedyncze mieszkanie. Żadnych konkretów nie mam, ale zawsze to coś. Zawsze jakieś wyjście.

Najśmieszniejsze jest to, że wczoraj stawiałem sobie Tarota, prosząc o zwyczajne przewodnictwo - ogólną radę co będzie w przyszłości. Wyciągnąłem 10 buław. Na rysunku przedstawiony jest rozwalający ię płotek z dziesięciu buław wbitych w ziemię. Na drugim planie płonie dom. Myślałem, że to oznacza jakąś kłótnie w rodzinie. Pomyliłem się.

Myślałem, po otrzymaniu tych wiadomości, że to jest dno, ujemna częśc sinusoidy z której się nie wydobędę. Nawet myślałem, aby nie iśc na imprezę. Ale jednak się przełamałem. I tutaj okazało się, że rollercoster znów wzbija się na szczyt. Na początku to ja byłem tym, który zabawiał towarzystwo rozmową. Nikt inny nie chciał nic mówic. Wyluzowałem się przy nich zupełnie. Naprawdę zupełnie zupełnie. Tak bardzo, że aż poszedłem na parkiet skakac do Prodigy. Ja! Tańczyłem!! Zaskoczyłem tym wszystkich, siebie włączając. Takiego przełomu nie było od czasów chyba połowinek. Największy cud świata się stał. To chyba znaczy, że jednak japoniści są moim towarzystwem. Co prawda tylko dwie piosenki przeskakałem ale i tak było to niesamowite. Świat nie tylko rozkłada nogi, ale też widzę, że jest wilgotny i tylko na mnie czeka.

Wciąż jeszcze jestem w manii. Pomimo dwóch łysoli, którzy się do mnie przyczepili, gdy wracałem. Walę ich. Waliłem.

Ślicznie jest. Jeszcze 30 dni do zostania bezdomnym. Kupa czasu. Naprawdę.

Oct. 29th, 2008

ja w środku

dziennik 3 spadające liście

Nie wiem dlaczego pierwszy z serii moich zapisków nie znalazł swojej drogi w zerojedynkowych przewodach i nie został zapisany na LiveJournalu. A oczywiście go nie zapisałem. Przykro. Ale to nie ważne. Ważny jest sam akt prowadzenia historii, narracji.

Mój współlokator zwierzył mi się wczoraj, że po raz pierwszy w życiu widział liście spadające z drzew. W Kaliforni tego nie było. Straszne. Jak bardzo nasze poznanie świata zależy od głupich zależności czasowo-przestrzennych. Nie uda mi się urodzic 60 lat wcześniej i uczestniczyc w Woodstocku. Tak jak RMT nie udawało się przekroczyc własnej granicy poznania, dopóki nie przyjechał tutaj. Straszne to jest. Tak bardzo poza naszą wolą.
Nie dośc, że jestem za późno by zostac hipisem, to również obudziłem się za późno aby zostac slamerem. Zobaczyłem dzisiaj na youtubie filmiki z Def Poetry. MIędzy innymi Colemana. Strasznie świetny był. Zaimponowało mi to i wyobraziłem sobie siebie na scenie również slamującego tak, jak oni. No ale Kraków żył tym trzy, cztery lata temu. teraz to już wyszło z mody. Teraz wszyscy wolą pisac prozę niż próbowac się w wierszach. Jak zresztą piszący to. Łatwiej? Mi na pewno nie jest, wiersze przychodzą mi o wiele łatwiej do głowy. Oczywiście żadna rytmika i rymika. Z prozą mam o wiele gorzej. Ina sprawa, że większośc tego, co piszę to szajs największy, jaki tylko może byc. Ehh na tym polega moja tragedia - chcę byc artystą w ogóle nie mając talentu. Chcę byc naukowcem nie mając aspiracji. I tak dalej.
A tak przywersownie- ostatnio coraz bardziej zdaję sobie sprawę jak nasz język jest ubogi. W porównaniu do angielskiego - najprostszych trików sugestii ukrytej nie mogę zastosowac, z powodu pieprzonej koniugacji czasownikowej. I podobnie z rymami i strukturą. Hiphop anglojęzyczny jest łatwiejszy do stworzenia, do improwizowania. Chociaż przypomnij sobie OSTRego. Niezłe to było.

Pozostawiając te rozważania lingwistyczne - dzień minął mi na wciąganiu atmosfery spadających liści. Tygodnia Wielkiej Kontestacji ciąg dlaszy. Nie wstałem na estetykę fotografii i nie poszedłem na seminarium. Zamiast tego chłonąłem ostatnie dni słonecznej i pieknej jesieni. Swoją drogą od kilku dni codziennie jestem straszony przez prognozy pogody wielkimi deszczami itp. I codziennie jest piękna pogoda. Tak się wczoraj nabrałem. Dzisiaj aż musiałem ściągac kurtkę. Chociaż w pewnym momencie mnie zmoczyło, ale był to cieplutki, letni wręcz, maleńki deszczyk. Pozytywnie to nastawia do życia, szczególnie, że to są pewnie ostatnie dni takiej pogody aż do marca. Ehh.

Z ciekawszych rzeczy znalazłem haka na RMT - mówienie o duchach naprawde go rusza. Nawet nie tyle o duchach co o śmierci i kontakcie z nią. Zaproponowałem mu aby się ze mną przeszedł na cmentarz w sobotę. Tak by wciągnąc odrobinę tej atmosfery. Chciałem iśc wieczorem, już po zmierzchu, tak jak to zazwyczaj robiłem z rodzicami. Ale RMT zdawał się byc przerażony i zaczął zasłaniac uszy rękoma, ignorując moje zachwyty nad pięknem tego święta, jakim są Dziady. Niesamowite. I całkowicie dla mnie niezrozumiałe. Fascynujące.

Na Rynku spotkałem EłFa. Nic się nie zmienił. Pogadaliśmy chwiluńkę. Co ciekawe w ogóle nie chciał mówic o swej wybrance. Dziwne? Ale wydaje mi się, że za daleko już poszli by cokolwiek między sobą kończyc. No, chyba, że z wielkim hukiem.

Artystycznie nic się nie zmieniło. Któregoś dnia napiszę o moim uzależnieniu od StumbleUpon.
Aha... a propos właśnie dzięki SU trafiłem na niesamowity film opisujący Geralta - schizofrenika. Jejku jakie to było straszne. Film był z lat 70tych lub 80tych. Musiał byc stary, bo przecież już nie używa się tej nazwy w psychiatrii. Dla lekarzy w filmie to nazewnictwo było normalne. Geralt był przypadkiem idealnym - stuprocentowym wcieleniem wszystkich objawów schizofrenii. Iście podręcznikowy przykład. W ogóle myślę, że cały film był instruktażem dla studentów medycyny, który został umieszczony na youtubie. W każdym razie w tym mężczyźnie - miał gdzieś w okolicach 25-26 lat - było coś przerażającego. Sposób w jakim kręcił włosy. To jak jego myśli obracały się w luźnych skojarzeniach. A zarazem to co mówił było bardzo poetyckie. "Zdjęcie, które ma migrenę" na przykład. Niesamowite. Bardzo mi się to spodobało i przeraziło zarazem.

Oct. 28th, 2008

ja w środku

dziennik 2 honk honk

Dzień minął spokojnie bardzo. Ostatni taki wtorek. Za tydzień zaczynają się wkłady i będzie bieganie w pietnaście minut z Grodzkiej na Gołębią. Ale jeszcze nie teraz. Na szczęście.
Czas mi się miesza. Za szybko robi się ciemno, za wcześnie się budzę. Jeszcze nigdy tak ciężko nie przystosowywałem się do zmiany czasu.
Decyzją mojego ciała nie idę w tym tygodniu na żadne zajęcia. Oficjalnym powodem jest wielkie zmęczenie i to, że muszę skończyc Llosę, który strasznie mi się wlecze, nie wiem dlaczego. Jak na razie nikt jeszcze o tym nie wie. Nawet Ak. Będzie na mnie jutro czekał, przed seminarium. Trudno. A tak w ogóle spotkałem się z nim dzisiaj w celach kserowych. Jest lepiej. Nie wiem czy to leki zaczynają działac, czy powoli zaczyna się oswajac z nową rzeczywistością, ale zmiana jest wyraźna. Cieszę się z tego bardzo, bo naprawdę się martwiłem. Szczególnie, że jego depresja jest czymś, czego nie wyczuwam i z czym nie potrafię walczyc. Wszelkie licealne doświadczenia nie zdają się w tym przypadku na nic. A wydaje mi się, że przynajmniej kilka rozmawiałem z kilkoma osobami o wiele ciężej przechodzącymi to wszystko. Niech tylko wspomnę IK, AM (która w ogóle, jeśli dobrze widzę na Naszej Klasie kwitnie i zaczyna naprawdę życ z wielkiej litery, to nie jest to samobójcze, samopopisujące się stworzonko, z które odlatywało z powodu przedawkowania leków) i tą artystkę, której nawet imienia już nie pamiętam. Kurde ale to wszytsko były dziewczyny. Niesamowity byłem w czasach licealnych jeśli chodzi o harem wokół siebie. I żadnych podtekstów uczuciowych to nie miało. Po prostu potrafiłem słuchac i czasami pomóc. Ale w większości przypadków wystarczyło te dziewczyny wysłuchac. Jedynie O., którą w ogóle jest wciąż pełną uroku i piękna dziewczyną, prosiła mnie "Napisz mi coś". Moje pisanie, gładkie słowa były czymś,co ją bardzo pocieszało. Niesamowite to było. Oczywiście oprócz profilowania na N-K te osoby się rozmyły, przestały istniec w moim życiu. Nie wszystkie chciały wrócic jak Aj czy Ef. Zresztą ta ostatnia szybko się zniechęciła. Ta pierwsza napisała mi dziś, że również. Chociaż sama tego nie rozumie odechciało jej się.
No i dobrze, nie wracam i nie żałuję. Tak po prostu. Mam to wszystko gdzieś.
Chociaż zastanawiam się, co się zmieniło. Czy to ludzie otaczający mnie czy to raczej wszystko leży po mojej stronie?
Chyba chciałbym powrotu do niektórych rzeczy z liceum.
Dlatego Bob Dylan i ta piosenka jest tutaj bardzo na miejscu.

Z lżejszych rzeczy zastanawiam się, czy nie dac sobie spokoju z oglądaniem Heroes. I to na poważnie. Wkurzają mnie na równi z Prison Breaku sezonem drugim. Dokładnie na odcinku 10, którego nie przeskoczyłem. Wydaje mi się, że cała warstwa filozoficzna obu tych produkcji przestała istniec. Po prostu nie wiadomo było (i jest) jak nadac sens temu wszystkiemu.
Dam im jeszcze jedną szansę- jeden odcinek. Jeśli będzie kiepski, rozejdziemy się. Będzie więcej miejsca na dysku. My Own Worst Enemy się rozkręca. Ale też balansuje na granicy wylecenia z mojej stałej ramówki. Bardzo podoba mi się główny bohater i sposób jego odgrywania. Aktor, który się w niego wciela potrafi błyskawicznie zmienic sobie wyraz twarzy tak, że praktycznie natychmiast wiemy, z którą osobowością mamy do czynienia. Dlatego jak na razie zostaje.
Californication jest coraz lepsze i lepsze. Chcę byc jak Hank!

Zacząłem też oglądac "Duck Soup" braci Marx - w końcu muszę się rozwijac w kierunku mojej nowej chaotycznej wiary. I niestety mój angielski jest za słaby. Potrzebuję napisów, z którymi zresztą są problemy, ale to już inna sprawa. Nie łapię wszystkich sensów synomicznych słów. I dopiero, gdy czytam te teksty w internecie zaczynam się śmiac. Także dopóki nie znajdę odpowiednich napisów, będę się musiał powstrzymac od obcowania z tą sztuką.

Muzycznie wciąż miksuję. Bob McFerrin jest bardzo, ale to bardzo, dobry. Troszeczkę mam problemy z Prodigy - bardzo monotonne są te pierwsze płyty, nawet pomimo 300 uderzeń na minutę.
Nastumblowałem na ciekawą kolędę poświęconą Wielkim Przedwiecznym. Jest rewelacyjna! Tak dobra że ustawiłem ją jako swój dzwonek i budzik w komórce. Już nie mogę się doczekac aż ktoś do mnie zadzwoni!

Zazdroszczę mojemu RMT jego problemów z dziewczynami. Otóż wczoraj wieczorem wszystkie postanowiły się z nim umówic. Nie wiem jak on to robi. Strasznie mnie to wkurza.
Ale może w czwartek będzie impreza. Może razem z M. Może...
Jak na razie nie zostałem zaproszony, chociaż wszyscy japoniści, których spotykam mówią mi o tym. Czekam na oficjalny gest Ms. Chyba, że prawdą jest to co mi pisał, że ma mnie dośc. Odczytałem to jako żart. Może wcale tym nie był?

Oct. 19th, 2008

ja w środku

Wrażenia po obejrzeniu kilku filmików NLP oraz tego, co można zrobic z naszą świadomością

Dobre emocję
Włóż w jedną Kotwicę
Zakotwicz

To przerażające jak łatwo
jest się zatrzymac w jednym
jedynym momencie swego życia

Przywołac uczucia
tego kiedyś
tego wtedy
tego gdy ona się
uśmiecha
uśmiechnęła
(do Ciebie?)

rodzice są bezproblemowi
byli

brat nie jest wcale taki poważny
nie był
nie trzyma za rękę swojej
wybranki
nie trzymał

Ja wcale tak dużo nie myślę
myślałem?

Zaktowicz te obrazki
Umieśc je w niewidocznej
ale wciąż łatwej do przełknięcia
pigułce
haczyku
Wszystkiego co piękne

Łyk
(lub jak to mówią
"aktywacja")

I jesteś innym lepszym sobą
Zmienionym
Pozytywnym
Żyjesz na kotwicy
Nie ważny jes port
Żyjesz na kotwicy
Nie ważne są prądy
Żyjesz na kotwicy
Sam się tam
wtopiłeś


Trzymasz się tego kiedyś
tego wtedy
tego, gdy ona się uśmiecha
uśmiechnęła
uśmiechała

Zapomnij o upływie czasu
Zapomnij o teraz
ona się uśmiecha
uśmiecha
uśmiecha
(Do mnie!)

Oct. 10th, 2008

ja w środku

Notatki sięnalizowania

Pani na kursie psychologii twórczości powiedziała, że zanim zacznie się tworzyc trzeba z siebie wyrzucic wszystkie zbędne elementy. Robię to już na tym blogu (co prawda bardzo nieregularnie) od kilku paru miesięcy. I dna nie widac. Chcę pisac o czymś innym, ale sam sobie w tym przeszkadzam. Może gdyby było notatkowo, skrótowo. I pamiętac o pamiętniku! O zeszyciku bazgrolciku!

1. Skrótowośc miała poprawic mój styl. Uzwięźlic mnie. Nie wchodzi. Tak naprawdę dobrze pisze mi się jedynie listy. Kwestia odbiorcy? Zastanowic się nad tym? Wiem, że muszę pisac dla kogoś. Ale dla kogo?

2. 21:06. Już po czasie. Zostałem zaproszony. Na posiedzenie w barze, bo chyba imprezą tego nazwac się nie da. Zresztą nie wiem, nie poszedłem. Już po uścisku dłoni (uścisnęła mi dłoń!) pomyślałem, że robię z siebie głupka. Bo chciałem popytac, pogadac. Ale byli inni, ona została odepchnięta. Ja potem robiłem głupie rzeczy. Bardzo głupie. Także nie pójście dośc dobrze się w cały ten konteks wpisuje. Nie potrafię? Nerwy mnie zżerają? Jak się czuję? A może rzeczywiście, jest tak jak napisałem w e-mailu? Lepiej unikac, na wszelki wypadek.

3. Dopisek do punktu numer 2: Sądze, że za dużo sobie wyobrażam. To przez rozmowę z S. Nadzieja?

4. Joseph chce zrobic ze mnie managera. Jego własnej szkoły językowej. 10 osób u nas w mieszkaniu? Nie sądze. Na prawdę. Pozostaje kwestia certyfikatów itp. Sądze, że to nie wypali. I jak zwykle chciałbym aby niewypaliło. Praca w hostelu? S. uważa że się nadaję. Ja nie. Myślę, że byłbym głupi. Dlaczego nie chcę spróbowac? Nie rozumiem tej blokady w sobie.

5. Żebrzący chłopak (dośc schludnie ubrany) z torbą "Conference of Young Economy Leaders".

6. Notatki się nie sprawdzają. Może rzeczywiście powinienem byc poetą? Grafomanem raczej.

7. Muszę zacząc pisac.

8. Muszę się zrozumiec.

9. Kłamstwo, którym karmię rodziców aby wychodziło na to, że jestem kimś. Wiem, że to brzmi patetycznie, ale takie nie jest. To prawda. Wymyślam spotkania i, że niby coś robię tylko po to, aby mnie zostawili w spokoju. "Zrobisz jak będziesz uważał". Nie uważam.
Hymn: "Making plans for Nigel" czyjakolwiek wersja.

10. Znalazłem się w konflikcie między chęcią bycia towarzyskim a oporami przed socjalizowaniem się. Straszne jest to, że potrzebuję kogoś znajomego. Czegoś, co można nazwac "kotwicą" za NLP zresztą. Uzależnienie od S.-a? I co z tym można zrobic.

11. Ćwiczenie opisu. Zadanie: opisac pokój w którym siedzę. Nie wyszło. Skasowałem po około 40 słowach. Beznadziejne to było. Trzeba cwiczyc.

Jul. 3rd, 2008

ja w środku

Drogi Pamiętniczku!

Ból głowy. Codziennie. 3 ibupromy już ledwie pomagają. Pewnie za dużo czytam/spędzam czasu przed komputerem/ myślę. Szczególnie to ostatnie od początku wakacji mi doskwiera. Za dużo myślę.
Po ostatnim egzaminie znalazłem się w zadziwiającej sferze próżni. Okazało się, że ilość znajomych, która kiedyś wydawała mi się przeogromna, jest taka naprawdę tycia. Tycia tycia tycia. Puf, przygrzało słoneczko i już ich nie ma, rozjeżdżają się do swojego życia, do rodzin, miłości. Nawet przyjaciele. Przyjaciel? Dwa dni temu przez całe dwadzieścia cztery godziny nie odezwałem się do nikogo. Bo nikogo nie było. W pewnym momencie nawet miałem chęć nakrzyczeć na powolną kasjerkę w supermarkecie, byle by tylko się wydobyć z siebie jakiś dźwięk, wylać to wszystko co mam w środku.
Oczywiście tego, nie zrobiłem, to nie po michałowemu, zawsze spokojnemu, zawsze opanowanemu. Dupa.
Dzisiaj spędziłem cały dzień w łóżku. Opanowała mnie tak wielka siła bezwładu, że z trudem i po długim czasie udawało mi się zakumulować odpowiednią ilość energii by pójść do toalety.
Nawet te kilka pomysłów, jakie miałem na to, by zacząć pisać, odpłynęło. Pomysły wirują gdzieś daleko, nieokreślone, stare (bo sprzed kilku dni). Wymagające odkurzenia, dopieszczenia. Ale nie mam sił. Powinienem, ale mi się nie udaje. Nawet karty Tarota wróżą mi jeszcze większe lenistwo i zapaść w się.
Powinienem posprzątać w mieszkaniu.
Powinienem znaleźć sobie współlokatora.
Powinienem zaczać pisać.
Powinienem być kimś.
Powinienem wziąść się w garść i poukładać swoje życie.
Powinienem potrafić.
Nie potrafię.
Dupa.
Codziennie rano wstaję z myślą: "jutro umieszczę to ogłoszenie o wolnym pokoju. dzisiaj już i tak nic to nie da. nie ma sensu."
Wszystko nie ma sensu.
Do tego doszli moi najwierniejsi towarzysze: Nienawiść, wręcz fizyczne obrzydzenie samym sobą oraz Myśli Samobójcze. Witajcie, siądźcie sobie obok, do was przynajmniej mogę się odezwać. Panie Listopad i Panie Bies.
Może się upić, wylądować w szpitalu?
Próbowałem przed chwilą porozmawiać z moim bratem. Nie udało mi się. Nie potrafię zdobyć się wobec niego na szczerość. Po prostu nie. Już wolę to napisać, wywlec gdzieś tam w internet.
How fucked up is that?
Jeszcze bardziej chore jest to, że nadałem temu czemuś, co czuję, nazwę. To purchawica olbrzymia.
Rośnie sobie we mnie. Zmienia się od bieli poprzez zielonkawość do szarości. Rośnie, olbrzymieje, a nawet wyolbrzymia. I wybuchnie.
Mam nadzieję, że wtedy zniknę.

Jun. 10th, 2008

ja w środku

obrazki przyspacerne

Dwie (jedna?) dziewczyny(a?)
nie zauważyły(a?), że zrosły(a?) się
tłowiami
pochłaniając ciepło pod
adasiową ławką.
Damy(a?) karciane(a?)

Z ostatniej chwili:
W fabryce pod
Wieliczką zaczęto produkcje
Kobiet - miniaturek
Wypuszcza się je na planty
metr dwadzieścia
metr dziesieć
czterdzieści centymetrów

Samochód inostrańczy
z rejestracją WILG-A
wystartował na żółto
zmienił się w helikopter
RMF FM.

Wszyscy mijani
żywią się
wyciąganymi z foliowych moszen
czereśniami.
Pełnymi, mięsnymi, czereśniowymi
jądrami.

Muszę się wykastrować

Previous 20

Advertisement

Customize